Kulturowy kocioł

Difunta Correa, Gauchito Gil i reszta świętej świty

Cała, tradycyjnie katolicka Argentyna modli się do swoich świętych. Na próżno jednak szukać wśród nich imion z Pisma Świętego. Ludzie z tego zakątka świata, wychowani na podwalinach synkretyzmu religijnego, wolą swoich własnych świętych od tych „zaimportowanych” ze Starego Kontynentu. I nie ma się co dziwić – tutaj ludzie i ich sposób postrzegania wiary jest zupełnie inny. Tutaj święci są ludzcy, z krwi i kości, stale obecni w codziennym życiu. Z nimi można napić się piwa, zapalić papierosa, pogawędzić, pożalić się na swój los. A co najważniejsze – za ich pośrednictwem spełniają się marzenia. Ludzie odwdzięczają się im stawiając niezliczoną ilość kapliczek oraz przynosząc najrozmaitsze dary w podzięce. Stąd też pobocza dróg okraszone są tysiącami minisanktuariów, które na pierwszy rzut oka przypominają przydrożne wysypiska śmieci.

Kapliczka ku czci Difunta Correa
Jedna z tysięcy przydrożnych kapliczek ku czci ludowej świętej o imieniu Difunta Correa.

Telenowelowa historia Dalindy

Difunta Correa (z hiszp. Zmarła Correa) – to wyrażenie, które nie umknie uwadze żadnego obcokrajowca przebywającego w Argentynie. Na każdym kroku, od ziejącej lodem Ziemi Ognistej po tropikalne rejony wodospadów Iguazu, z ziemi wyrastają tysiące kapliczek. A nad nimi widnieje wielki napis Gracias, Difunta Correa! – Dziękuję Ci Zmarła Correo! Kim jest ta kobieta, do której liczni tu katolicy modlą się gorliwiej niż do Matki Boskiej?

Bohaterką tej opowieści z początków XIX wieku jest latynoska piękność Dalinda Antonia Correa. Jak to bywa w krainie cudów, wersji na temat życia tej „świętej” kobiety jest wiele. Różnica tkwi jednak w ubarwiających historię szczegółach. To, co najważniejsze pozostaje niezmienne. Otóż Dalinda wiodła spokojne życie w małej wiosce wtulonej w południowy kraniec Valle Fértil półpustynnej prowincji San Juan. Miejscowe głosy donosiły, że była ona kobietą niezwykle urodziwą, w związku z czym nie mogła się opędzić od pałających do niej gorącym uczuciem pretendentów. Znajdowali się wśród nich mężczyźni ze wszystkich klas społecznych oraz przedstawiciele najróżniejszych typów charakterów. Dalinda zakochała się jednak bez pamięci w prostym mężczyźnie o imieniu Clemente Bustos. Szczęśliwi małżonkowie zamieszkali razem w skromnym domku z pomarańczowych cegieł adobe i wkrótce na świat przyszedł owoc ich miłości – uroczy chłopiec.

Jednak jak na latynoskiego tasiemca przystało, w historii miłosnej nie może zabraknąć dramatycznej w skutkach intrygi. Tak też było i w przypadku Dalindy. Znajdujący się pod wielkim urokiem dziewczyny ówczesny komisarz nie przebierał w środkach i postanowił za wszelką cenę zawładnąć sercem i ciałem tej kobiety o kruczoczarnych, potarganych włosach. Wyeliminował on swego rywala – męża Dalindy – wysyłając go do jednostki stacjonującej w sąsiedniej prowincji La Rioja. Nie było wyjścia, rodzina musiała się rozstać.

Ku zaskoczeniu komisarza, Dalinda zamiast szukać pocieszenia w silnych ramionach nowego kochanka, postanowiła wraz z niemowlęciem na ramieniu wyruszyć w podróż śladami swego męża. Droga wiodła przez półpustynne, całkowicie pozbawione życia tereny, gdzie niebiosa bezlitośnie skąpią deszczu. Po pieszym przebyciu 80 kilometrów kobieta zmarła z pragnienia i wycieńczenia. Osunęła się na suchą ziemię i przystawiła do piersi swojego synka. Dalinda wyzionęła ducha.

Przechodzący tamtą drogą konni pasterze bydła – nazywani w Argentynie gauchos – odnaleźli zwłoki kobiety, do których kurczowo wtulało się niemowlę. Jakież było ich zaskoczenie, gdy maluszek spojrzał na nich wielkimi oczyma i zapłakał. Stał się cud! Chociaż Dalinda umarła, Bóg postanowił zachować pokarm w jej piersi i utrzymać dziecię przy życiu. Ta radosna nowina niemalże natychmiast obiegła całą okolicę, a wkrótce i cały ogromny kraj. Tak narodził się kult zmarłej – Difunta Correa stanęła na najwyższym stopniu panteonu argentyńskich katolickich świętych, choć nigdy oficjalnie przez władze kościelne za takową nie została uznana.

Zmarła Correa
Obraz przedstawiający cud (źródło: z internetu).

Według ludowych wierzeń Zmarła Difunta jest strażniczką i opiekunką domowego ogniska. Tłumnie przybywają więc do jej sanktuariów młode dziewczęta marzące o zamążpójściu, kobiety pragnące zostać matkami, rodziny śniące o nowym domu, lepszym samochodzie etc. Dowodem na skuteczność wysłuchiwania modlitw przez Difuntę są liczne kapliczki, stawiane świętej w podzięce, oraz mnóstwo tabliczek wdzięczności i rozmaitych złożonych w darze rupieci. Największe sanktuarium znajduje się w rodzinnej miejscowości Dalindy – w Vallecito. Jest to coś na kształt naszej Częstochowy, lecz w bardziej kolorowym i folklorystycznym wydaniu.

Argentyński bóg – Gauchito Gil

O ile Difunta Correa cieszy się pozycją równą Matce Boskiej, o tyle Gauchito Gil stoi ramię w ramię z samym Bogiem. Gauchito w języku hiszpańskim to pieszczotliwe określenie konnego pasterza bydła, kowboja. Z kolei Gil (czyt. Hil) nie ma nic wspólnego z awifauną – to po prostu imię naszego kowbojka, którego ziemski żywot przypadł na drugą połowę XIX wieku, czyli na czas niekończących się wojen granicznych pomiędzy nowo powstałymi południowoamerykańskimi republikami.

Krótko mówiąc, życie Gila w rodzinnej prowincji Corrientes nie było zbyt przykładne ani pobożne. Zaciągnął się do wojska, walczył w wielkiej wojnie z Paragwajem, po wybuchu argentyńskiej wojny domowej zdezerterował, został awanturnikiem, argentyńskim Hobin Hoodem. Gdy go pojmano i oskarżono o morderstwo, którego nie popełnił, bez najmniejszych skrupułów skazano go na śmierć.

Zapowiedź cudu ma miejsce na kilka sekund przed straceniem Gila. Gaucho wyjawia swojemu oprawcy, który właśnie zanurza ostrze noża w jego szyi, że gdy ten wróci do wioski, znajdzie list oczyszczający Gila ze wszystkich zarzutów, a po powrocie do domu zastanie swego syna konającego na śmiertelną chorobę. Gauchito Gil zapewnia jednak sierżanta, że jeśli ten będzie się do niego gorliwie modlić o wybaczenie, on osobiście wstawi się do Boga i jego syn powróci do zdrowia.

Mundurowy przewodzący egzekucji oczywiście puścił słowa umierającego wieśniaka mimo uszu. To, co powiedział Gil, było jednak prawdą. Na biurku stróża prawa leżał list uniewinniający, a życie zmagającego się ze śmiertelną chorobą dziecka powoli dochodziło swego kresu. Przerażony kat zaczął zagorzale modlić się do swej ostatniej ofiary. I stał się cud – dziecko wyzdrowiało. Skruszony sierżant w ramach podziękowania postawił w rodzinnym Corrientes kapliczkę na cześć Gauchita Gila i fanatycznie zaczął propagować jego kult.

Przydrożna kapliczka ku czci Gauchita Gila, gdzieś w Patagonii.

Argentyńczycy szybko pokochali Gila, który spełniał ich prośby i marzenia. Tak narodził się nowy święty o randze znanej już w całym kraju Zmarłej Correi. Gila nie da się pomylić z nikim innym – to wąsaty mężczyzna o długich, ciemnych włosach przepasanych czerwoną chustą, ubrany w typowy gauchowski strój, dzierżący w dłoni czerwony krzyż. Jego obraz można zobaczyć w każdej z tysiąca rozsianych po całym kraju kapliczek, zawsze w towarzystwie atrybutów prawdziwego kowboja: kilku papierosów lub niedopałków, cygar i butelki whisky albo pustej puszki po piwie. To tego dochodzą również gumowe opony, paski klinowe, lusterka, fragmenty zderzaka czy jakiekolwiek inne elementy samochodu. Gauchito Gil zdetronizował bowiem naszego świętego Krzysztofa i to właśnie do niego modlą się przede wszystkim kierowcy i podróżnicy, którzy za każdym razem, gdy mijają na poboczu czerwoną kapliczkę, pozdrawiają swego patrona radosnym dźwiękiem klaksonu.

Gauchito Gil
Obraz Gauchita Gila

Największym przejawem głębokiej wiary w boskie moce tego nieoficjalnego, lokalnego świętego jest coroczna pielgrzymka setek tysięcy Argentyńczyków do znajdującego się na obrzeżach miasta Mercedes – miejsca pochówku Gauchita Gila. 8 stycznia każdego roku odbywa się tu gigantyczna fiesta: zjeżdżają się tysiące samochodów, gra głośna muzyka, wśród obłoków dymu smażą się na rożnach hurtowe ilości kiełbasek i steków. Tego roku w hucznych obchodach tragicznej śmierci ukochanego gaucha w samym Mercedes uczestniczyło ponad 250 tysięcy osób, reszta świętowała w innych miejscowościach jak kraj długi i szeroki.

Popkultura w religijnym wydaniu

Zmarła Correa i Gauchito Gil to najbardziej znani argentyńscy święci. Ich kult jest propagowany w całym kraju, we wszystkich 23 prowincjach. Oprócz nich lokalny panteon zasilają setki innych, pomniejszych ludowych świętych: od bezimiennych Indian i małych dzieci, poprzez ludzi polityki, a skończywszy na gwiazdach estrady. W Argentynie każdy, kto ginie w młodym wieku w tragicznych okolicznościach, ma szanse zostać idolem, obiektem ludowego kultu. Boską czcią otacza się tu słynną Evitę – żonę byłego prezydenta Juana Domingo Perona, zmarłą w tragicznym wypadku piosenkarkę Gildę czy piosenkarza Rodrigo Alejandra Bueno. Ich groby są liczniej odwiedzane niż katolickie kościoły.

A co na to wszystko papież Franciszek, Argentyńczyk? Otóż, Kościół przymyka na te zabobony oko. Nie przeszkadzają mu przydrożne kapliczki, a niektórzy księża nawet biorą czynny udział w obchodach ku czci ludowych idoli. Ludziom łatwiej wierzyć w kogoś, kto był człowiekiem z krwi i kości, grzesznikiem, cierpiał, doświadczył niesprawiedliwości. Argentyńczycy lubią swoich świętych. Są oni elementem ich codziennego życia i popkultury. W przyległych do sanktuariów kioskach i sklepach z pamiątkami można sobie kupić magnes na lodówkę, brelok lub koszulkę z twarzą Gila. Znajdzie się też szerokie grono wiernych z wytatuowaną podobizną karmiącej swego syna Zmarłej Correi albo i tacy, którzy pragnąc zaszczepić w swoich pociechach przywiązanie do ludowych wierzeń, kupują im pod choinkę „świętą rodzinę” w postaci lalki Barbie o rysach Zmarłej Correi i kena w ubraniu Gauchita Gila. Jak mówi stare porzekadło: co kraj to obyczaj.


Zabawki z twarzą świętych
Zabawa ze świętymi? Czemu nie?

♥ Uwielbienie Argentyńczyków dla postaci z ludu doskonale zobrazował Alan Parker w musicalu filmowym pt. „Evita”. Ponad dwie godziny dobrej muzyki i spora dawka historii. Polecam!


Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *