Dziennik podróży

Tydzień 13: Kwintesencja Patagonii

Powrót na Rutę 40. Tysiąc kilometrów dzieli nas od sennej miejscowości Tres Lagos. Za oknem kwintesencja Patagonii – najprawdziwsza, taka jaką zawsze ją sobie wyobrażałam. Sucha, porośnięta kolczastymi stepami, bezludna.  Zlewająca się z linią horyzontu droga tylko od czasu do czasu zdradza obecność intruzów wleczących za sobą długi, szary ogon kurzu. Gdzieniegdzie eleganckie gwanako przeskakuje drogę, po poboczu pospiesznie przebiera nóżkami pancernik albo pampasowy struś na widok samochodu desperacko rzuca się do ucieczki. A wokoło wielkie nic, tylko hulający po bezkresnej pustce wiatr.

Gdzieś w Patagonii
Patagonia to wielka pustka, samotność, bezkresne przestrzenie i niesamowite uczucie wolności.

Przystanki jak na filmie drogi

Tecka, Putrachoique, Gobernador Costa, Nueva Lubecka, Rio Mayo, Perito Moreno, Bajo Caracoles, Gobernador Gregores, Tres Lagos… Na mapie sprawiają wrażenie miast, w rzeczywistości to zabite dechami wioski o westernowej atmosferze: szerokie ulice, pałętające się byle gdzie dzikie konie, niska zabudowa, sklep, bar, restauracja, skromny hostel, kemping, wulkanizator i stacja benzynowa. No właśnie to ostatnie miejsce stanowi autentyczne towarzyskie centra tych patagońskich mieścinek. To tutaj spotykają się podróżni, dyskutując godzinami w oczekiwaniu na przyjazd cysterny z paliwem.  Wokół dystrybutorów kręcą się szukający okazji autostopowicze, każdy z nich z wypisaną nazwą miejsca, do którego pragnie dotrzeć. Na większości kartek widnieje „fin del mundo”, czyli „koniec świata”. Tutaj wszyscy doskonale wiedzą, gdzie to jest. Niektórzy już wracają z odległego południa i kierują się na granicę Argentyny z Chile. Tu każdy ma coś do powiedzenie, opowiedzenia. Każdy ma swoją historię – tę już spisaną, jak i tę, którą dopiero napiszą kolejne dni, tygodnie, miesiące. Z poznanymi na tej trasie ludźmi wielokrotnie miniemy się w różnych, najmniej oczekiwanych miejscach, często dopiero po bardzo długim czasie.

Na całej długości tego fragmentu Ruty 40 świeżutki asfalt regularnie przeplata się z wyboistym szutrem. Na niektórych odcinkach droga jest tak szeroka i idealnie prosta, że bez problemu mógłby wylądować na niej samolot. Dla urozmaicenia monotonii szosę od czasu do czasu przecinają rzeczki lub wpada ona łagodną serpentyną w sam środek uroczych dolin i cieszy oczy błękitem jezior oraz pięknymi soczewkowymi chmurami. Później znów setki kilometrów w tonacji żółtobrązowych kępek traw, by – po lekkim odbiciu na zachód – na horyzoncie nieśmiale wyłoniły się ośnieżone wierzchołki gór. I tak w kółko.

Droga w Patagonii
Gdzieś w Patagonii

Krajobraz wydaje się być statyczny, ale to tylko złudzenie. Przy każdym postoju uświadamiam sobie, że na tym złowrogim obszarze kwitnie życie. To, co w oddali wydawało się być szarą kępką traw, z bliska okazuje się żywym stworzeniem – strusiem pampasowym nandu, który na sam mój widok jak szaleniec rzuca się do ucieczki, gubiąc ze stresu piórka. Stąpając pomiędzy kolczastymi kopczykami traw, karłowatych krzewów i dzikich ziół, każdym krokiem przeganiam tutejszych mieszkańców: w pośpiechu zmyka przed moimi stopami sympatyczny pancernik, zastygając co chwilę w bezruchu, by skrupulatnie mi się przyjrzeć. Za jego przykładem idzie bardzo dziwna mara patagońska, przypominająca krzyżówkę zająca z kangurem, oraz puchata wiskacza skalna. Z oddali można dostrzec przebiegającego lisa lub skunksa zorrino, nie wspominając o milionach insektów i patrolujących przestworza drapieżnych ptaków. Jedynymi istotami obojętnymi na nasza obecność są gwanako. Tym ciekawskim stworzeniom nie straszny nawet bliski kontakt z obiektywem aparatu.

Fauna Patagonii
Przyjaźni mieszkańcy Patagonii, bez których długa podróż przez bezludne stepy byłaby straszliwie nudna. Gwanako, struś nandu, dwa gatunki pancernika, skunks zorrino i mara patagońska.

Czasami zjeżdżamy z główniej trasy, by zagłębić się nieco bardziej w tę bezkresną pustkę, złożyć niezapowiedzianą wizytę na którymś z licznych tu gospodarstw rolnych, nazywanych estacjami, lub poszukać najstarszych znanych w Ameryce Południowej śladów bytności i przejawów artystycznego zmysłu naszych prehistorycznych przodków.

Jaskinia rąk

Nieopodal mieściny Bajo Caracoles, w dolinie rzeki Pinturas, ukrywają się przed światem tęczowe ściany skalne, które mieszkające tu ponad 10 tysięcy lat temu zbieracko-myśliwskie ludy pokryły wielobarwnymi malowidłami sylwetek zwierząt i odcisków ludzkich dłoni. Dlaczego ręce? Nikt dotychczas nie zdołał odkryć tej tajemnicy. Fascynujący jest fakt, że przed tyloma tysiącami lat człowiek potrafił wykorzystywać mineralne pigmenty tak pięknych barw, które – mimo niszczycielskiej siły czasu – zachowały się w doskonałym stanie do dziś. Bazaltowe skały mienią się milionami kolorowych iskierek, tworząc niesamowitą mozaikę, od której nie sposób oderwać wzrok.

Jaskinia rąk

Dalej na południe

Odcinek Ruty 40 między Gobernador Gregores i Tres Lagos jest najgorszy ze wszystkich. Przerażający prążkowany szutr rytmicznie podrzuca Larry’ego, a ten trzęsie się na wszystkie strony i od czasu do czasu wypluwa jakąś śrubę, która nie wiadomo skąd się wykręciła. – My to mamy specjalny słoik z kolekcją „odpadniętych” śrubek. Śmieją się Gloria i Fernando patrząc ze wzruszeniem na swojego wypieszczonego kampera, który dzielnie znosi te wszystkie drgawki i konwulsje. Przejechanie niecałych dwustu kilometrów zajmuje prawie cały dzień. Pod wieczór kula pomarańczowego słońca zawiesza się tuż nad horyzontem i przepięknie pokrywa świetlistą łuną bezkresną pampę. Do Tres Lagos pozostało jeszcze trzydzieści kilometrów, przed zmrokiem na pewno nie zdążymy. W miarę jak noc rozściela swoją czarną kołderkę, mijane na poboczu kamienie zaczynają przybierać coraz to dziwniejsze formy zwierząt i rozmaitych przerażających stworów. Gdzieniegdzie migają złociste ślepia lisa czy czegoś, czego nie jesteśmy w stanie zidentyfikować. Aż tu nagle na środku drogi szaleńczo podskakują i wymachują wszystkimi kończynami cienie dwóch postaci. Dziwne to zjawisko w miejscu, gdzie przez cały dzień spotkaliśmy jedynie stada gwanako i dwa przejeżdżające z naprzeciwka samochody. Ona – Belgijka, on – Francuz. Zatrzasnęli sobie kluczyki w wypożyczonym samochodzie i zostali bez niczego pośrodku… niczego. Namiot, portfel, telefon, ciepłe ubranie – wszystko to w bagażniku, do którego za nic w świecie nie potrafią się dostać nie uszkadzając poważnie auta. Jadą z nami do Tres Lagos, a tam „przejmują ich” żandarmi. Za trzy dni, pod szczytem Fitz Roy’a przypadkiem dowiemy się, że wszystko dobrze się skończyło. Jak mawiają Hiszpanie, „świat jest mały jak chusteczka do nosa” 😊.

Droga w Patagonii
W Patagonii szutr, grunt i wyboje nadal przeważają nad gładkim asfatem.

W argentyńskiej stolicy trekkingu – El Chaltén

Nad brzegiem jeziora Viedma odbijamy na zachód, do północnego zakątka Lodowcowego Parku Narodowego. Droga do El Chaltén jest trudna, a to wszystko przez ogromne wietrzysko, które wieje Larry’emu prosto w nos. Patagonia dopiero teraz zaczyna ukazywać swoje prawdziwe oblicze i to, co wcześniej wydawało się być silną wichurą, dziś okazuje się zaledwie delikatnym podmuchem. Urywające głowy powiewy utrudniają tu życie każdemu. Po drodze zgarniamy parę Francuzów, których rowery nie są w stanie utrzymać pionu i bezlitośnie ciskane z każdym podmuchem o ziemię nie chcą jechać dalej. Po autentycznej odysei wzdłuż malowniczego jeziora z widokiem na cudnie ośnieżone góry szczęśliwie docieramy do miasteczka. A tu jest jeszcze gorzej: szaleje prawdziwy huragan, wyginający na wszystkie strony cienkie ściany blaszanych domków. Choć w mniemaniu miejscowych wiatr ten ma tylko średnie nasilenie. Aż strach pomyśleć, co to będzie, jak zawieje naprawdę mocno.

Jezioro Viedma
Widok na niesamowicie niebieskie jezioro Viedma w północnej części Parku Narodowego Los Glaciares. Kolory te stanowią forpocztę Południowego Lądolodu Patagońskiego.

El Chaltén to niewielkie miasteczko ukryte u podnóża argentyńskich Andów, płożone w dolinie rzeki Rio de las Vueltas. Różni się ono od pozostałych miejscowości u podnóży Kordyliery – jest spokojnie, jakby mniej turystycznie, spowite przyjazną atmosferą ogromnego schroniska górskiego. Przybywają tu w większości miłośnicy gór, backpackerzy i autobusy pełne europejskich turystów, którzy chcą odhaczyć obowiązkowy punkt pobytu w Patagonii, jakim jest trekking do podnóży legendarnej góry Fitz Roy i pobliskiej, nie mniej słynnej, granitowej iglicy Cerro Torre. Argentyńczyków jest tu niewielu i znacznie częściej słyszy się angielski, niemiecki czy francuski niż hiszpański. Klienci masowej turystyki w zasadzie nie docierają do tego miejsca, bo szlaki są trudne, a infrastruktura nie oferuje praktycznie żadnych luksusów. Czasem też kończy się benzyna na stacji i trzeba czekać kilkanaście godzin, aż przyjedzie cysterna. No cóż, takie życie na krańcu świata… Do wszystkiego można się jednak przyzwyczaić.

Górska miejscowość El Chalten
Widok na wioskę El Chaltén – jedna główna ulica i kilkadziesiąt hosteli, kawiarni i restauracji.

To, co najbardziej rzuca się w oczy to panujące tu osobliwe obyczaje modowe. Co prawda ich zalążek widać też w wielu innych miejscach na świecie, ale tutaj przybierają one wręcz groteskową formę. Otóż znaczna większość rusza na trekking wyszykowana, jakby miała w planie co najmniej podbój Mount Everest. Z tego, co słyszałam, to tutejsze szlaki nie należą do najłatwiejszych, ale też nie wymagają jakichś nadludzkich mocy ani specjalistycznego sprzętu, no chyba że planuje się wysokogórską wspinaczkę, ale to zupełnie inna bajka. A tu prawie wszyscy wyglądają jak alpiniści z prawdziwego zdarzenia. Wisienkę na torcie stanowią grupy europejskich emerytów, uzbrojonych w najwyższej klasy odzież i sprzęt. Wielu z nich zapomina jednak o drobnym szczególe: jeśli nie jesteś w formie, nie pomogą najdroższe goretexy, membrany ani inne cudaczne gadżety.

Namioty w El Chalten
El Chaltén to idealne miejsce dla „plecakowej” turystyki. Tutaj namiot można rozbic dosłownie wszędzie, nawet w czyimś ogródku.

Poza tymi dwoma osławionymi szlakami wysokogórskimi z wioski i jej okolic odchodzi wiele innych łatwiejszych, ale nie mniej pięknych tras trekkingowych, które wiodą przez urokliwe lasy, krystalicznie czyste rzeki, błękitne laguny, spektakularne punkty widokowe. Każdy, kto kocha góry, w El Chaltén będzie czuł się szczęśliwy.

Kolejny kierunek: Ziemia Ognista

Stan licznika: 9690 km

Drogowskaz w Patagonii


Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *