Kulturowy kocioł / Mapa podróży

La Quiaca – Villazón: „Gorące” przejście graniczne

Jest 8 rano. Leniwie zaglądam przez słoneczną szparę, jaka maluje się między szybą a żaluzją. Natychmiast oczy robią mi się wielkie ze zdziwienia… Na zewnątrz, na ulicy prowadzącej do argentyńsko-boliwijskiego przejścia granicznego „Horacio Guzmán” panuje straszliwy popłoch. Dziesiątki niskich, korpulentnych Indianek w swoich tradycyjnych zamaszystych spódnicach przemierzają pospiesznie plac pchając przed sobą puste wózki towarowe. Czyżby w La Quiaca obok pobliskich torów kolejowych rozkładało się targowisko?

Na pierwszy rzut oka most graniczny „Horacio Guzmán” w La Quiaca jest jak każdy inny: okienko paszportowe, pieczątka, kilka standardowych pytań… Kiedy jednak czekam na swój stempel, za moimi plecami przechodzą tłumy bez żadnej kontroli. Większość z nich ma na plecach ogromne tobołki, do których nikt nie zagląda, a kobiety dodatkowo skrywają w fałdach swych indiańskich strojów niemowlęta i małe dzieci, o których tożsamość również nikt nie pyta. Ze ściany budki spoglądają na mnie wyblakłe fotografie kilkudziesięciu zaginionych nieletnich. Może któreś z nich właśnie w tym momencie nielegalnie przekracza granicę?

kobieta z dzieckiem
Każdego dnia setki małych dzieci przekraczają argentyńsko-boliwijską granicę bez żadnej kontroli

Podnoszę wzrok. Nad mostem, po lewej stronie znajduje się wąski korytarz, po którym biegiem poruszają się „ludzkie mrówki” popychając w pocie czoła pękające w szwach wózeczki. Jedna z celniczek mówi mi, że tak właśnie odbywa się tutaj legalny handel między braterskimi miastami. Każdego dnia, między 8 a 13, mieszkańcy pogranicza przewożą towary z jednego kraju do drugiego, bez żadnej kontroli celnej. Podobno przecież widać, że transportują mąkę, olej, piwo, produkty higieny osobistej etc. Przez chwilę nachodzi mnie wątpliwość, czy rzeczywiście w ogromnych workach i setkach kartonów znajduje się tylko żywność i produkty codziennego użytku. Przecież zdaniem ONZ Boliwia jest trzecim największym na świecie producentem kokainy.

Przewóz towarów przez granicę
Mieszkańcy La Quiaca w wielkim pośpiechu przewożą towary do boliwijskiego Villazón

Dostaję swój stempel w paszporcie i przechodzę na drugą stronę. Tu to dopiero wre handel uliczny. Argentyńska La Quiaca w porównaniu z boliwijskim Villazón jest małym osiedlowym sklepikiem. Tysiące barw, kolorów, zapachów, no i wszystko przynajmniej o połowę tańsze niż po drugiej stronie granicy. Nie ma się co dziwić, że wszyscy kursują wte i wewte jak w gorączce. Po dwóch godzinach wracam do Argentyny. Ustawiam się do okienka i wręczam paszport. Plecak mam wypchany po brzegi kurtką, której o tej porze już nie potrzebuję. Nie zwraca to jednak niczyjej uwagi. Celnik pyta, czy przenoszę jakieś zakupy. Odpowiadam, że pół kilograma liści koki. Dwie sekundy później jestem z podbitym paszportem po argentyńskiej stronie, bez żadnej kontroli.

La Quiaca – granica otwarta dla każdego

Temat kontroli granicznej w tak kluczowym miejscu Ameryki Łacińskiej nie daje mi spokoju. Po wpisaniu hasła w wyszukiwarce, pojawiają się artykuły o następujących tytułach: „La Quiaca-Villazón: granica jak sitko, przez które codziennie przechodzi bez kontroli 900 nieletnich”, „Niewidzialni z La Quiaca”, „La Quiaca-Villazón: gorąca, przepuszczalna i niebezpieczna granica”. Ujawnione przez najnowsze badania dane wcale nie są optymistyczne. Okazuje się, że to przejście graniczne jest jednym z największych punktów nielegalnego przemytu narkotyków i ludzi do południowej części Ameryki Łacińskiej.

Boliwia
Przejście graniczne „Horacio Guzmán”, witamy w Boliwii

W odległości 1500 metrów od oficjalnego przejścia znajdują się przynajmniej trzy nielegalne szlaki, o których wszyscy wiedzą, ale nikt głośno o nich nie mówi, przez które każdego dnia przechodzą dziesiątki osób bez jakiejkolwiek kontroli. Jedynym ryzykiem takiej tajemnej przeprawy jest ubłocenie sobie butów w oddzielającej obydwa państwa rzece. Zupełnie niedawno postawiono tam kolczasty płot, który jednak po kilku dniach został zniszczony i tak już pozostało do dziś. Najpopularniejszym nielegalnym przejściem jest tzw. calle Jujuy (ulica Jujuy), która znajduje się zaledwie 500 metrów od budki granicznej, wzdłuż rzeki oddzielającej obydwa państwa.

Po obu stronach rzeki znajduje się ożywiony postój taksówek. Ich kierowcy, tzw. paseros, pobierają od 20 do 50 peso (1-3 USD) za przewiezienie towaru na drugi brzeg. Wielu szmuglerów decyduje się jednak na samodzielną przeprawę przez błotniste wody z kilkudziesięciokilogramowymi tobołkami na plecach lub popychając małe towarowe wózki. Dwa pozostałe przejścia to wąwozy pełne śmieci, w których znalazł schronienie przynajmniej tuzin prosiaków. Niektórzy bagayeros (szmuglerzy) robią nawet kilkanaście kursów dziennie.

Podobno od czasu do czasu na nieformalnych przejściach pojawia się kilku żandarmów, którzy konfiskują towar. Takie sytuacje zdarzają się jednak rzadko i zwykle krążą głośne plotki o zbliżającej się kontroli – wówczas w jednej sekundzie znikają wszyscy, na szlakach nie ma żywego ducha.

Indianka sprzedająca sok z pomarańczy
Sok z pomarańczy na ulicach Villazón kosztuje zaledwie kilka groszy. Standardy higieniczne pozostawiają wiele do życzenia, ale sok jest przepyszny!

Żandarmeria i celnicy nie dysponują żadną technologią, która mogłaby usprawnić proces kontroli. Wszystko odbywa się ręcznie. Nie ma psów wyszkolonych do wykrywania narkotyków, nie ma oprogramowania do sprawdzania karalności osób przekraczających granicę, nikt nie przygląda się zdjęciom w paszportach… Przez granicę bez problemu przejeżdżają luksusowe samochody skradzione w Buenos Aires i innych większych miastach Argentyny, które następnie w Boliwii są wymieniane na narkotyki.

Indianka z małym dzieckiem

Obok białego proszku przez most graniczny Horacio Guzmán z łatwością przechodzą uprowadzeni, zaginieni lub chcący zniknąć ludzie. Cena za boliwijskie dziecko lub nastolatka to zaledwie 5300 peso (około 325 USD). Według statystyk z 2016 roku aż 18000 nieletnich z Boliwii pracuje w nielegalnych warsztatach i obozach pracy w Argentynie. Znaczna większość uprowadzonych dzieci ląduje w kopalniach w Puno (Peru), gdzie ponad 40000 ludzi żyje z nielegalnej pracy, albo jest wykorzystywanych do udeptywania liści koki na plantacjach w dolinie Cochababmy, do pracy na plantacjach pomidorów Fraile Pintado czy tytoniu w San Pedro.  70000 peso (około 430 USD) – tyle kosztuje przeprowadzenie osoby bez dokumentów z La Quiaca do Buenos Aires. Obecnie w Argentynie poszukiwanych jest ponad 6000 nieletnich. Podobno między 2007 i 2014 rokiem w wyniku działań minister spraw zagranicznych, Reinie Sotillo, udało się odzyskać ponad 2000 „znikniętych” dzieci.

Zapomniane miasteczko, w którym brakuje tlenu

Mieszkańcy dwóch braterskich miasteczek, La Quica i Villazón, kursują z jednego do drugiego tak swobodnie, jakby w ogóle nie było między nimi żadnej granicy. Jest to tylko sztucznie wytyczona linia, która oddziela kultury trwale złączone na wiele wieków przed narodzinami południowoamerykańskich państw.

Na początku XX wieku do La Quiaca przybyła kolej, słynny pociąg Belgrano, który zainicjował ożywienie gospodarcze pomiędzy sąsiednimi państwami. Zarobki mieszkańców pogranicza wzrosły i wówczas żyło się nawet dobrze. W 1993 roku odjechał z północnego krańca Argentyny ostatni pociąg i od tego momentu miasto pogrążyło się w wysokogórskim letargu, czekając na przebudzenie, które wcale nie jest łatwe na wysokości 3450 metrów nad poziomem morza, gdzie z trudnością dociera nawet tlen. W międzyczasie jego mieszkańcy zaczęli imać się przeróżnych zajęć, które pozwalają im utrzymać się przy życiu. Praca legalna czy nielegalna? Jakie to ma znaczenie, gdy trzeba wyżywić rodzinę, która w tym regionie bywa bardzo liczna, a na poprawę warunków życia nie ma żadnych optymistycznych prognoz.

Witamy w La Quiaca
La Quiaca to najbardziej wysunięty na północ punkt Argentyny, oddzielony od południowego krańca, Ushuai, o ponad 5000 kilometrów. Czy rzeczywiście koniec świata znajduje się na południu kontynentu?

Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

One thought on “La Quiaca – Villazón: „Gorące” przejście graniczne

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *