Dziennik podróży

Tydzień 3: Przez 4 prowincje do bram Andów

Kierujemy się na zachód, w kierunku Andów. Opuszczamy Park Narodowy Iguazú i prowincję Misiones tą samą drogą RN12, która nas tu przywiodła. Już po kilkunastu kilometrach robimy pierwszy przystanek w miejscowości Wanda, gdzie zwiedzamy kopalnię szlachetnych kamieni i szukamy śladów polskich osadników, którzy przed ponad stu laty postanowili rozpocząć tu nowe życie. A jest ich naprawdę sporo.

Po kilkunastu kilometrach, na wysokości Montecarlo, mijamy niewielką posiadłość, w której Ernesto Che Guevara spędził najwcześniejsze lata swego dzieciństwa. Cały czas mkniemy idealną asfaltową drogą na południe wzdłuż potężnej rzeki Paraná, by zakończyć dzień jezuickim akcentem w jednym z najlepiej zakonserwowanych kompleksów ruin guarańskich misji zakonu Towarzystwa Jezusowego w miejscowości San Ignacio. Obszar, na którym znajdują się pozostałości po kontrowersyjnej działalności zakonników, jest bardzo rozległy, więc na zwiedzanie warto poświęcić przynajmniej dwie, trzy godziny. Cena biletu obejmuje również wstęp do sąsiednich mniejszych kompleksów w Loreto i Santa Ana.

Misje jezuickie w Loreto
Tablica przed bramą wjazdową do kompleksu ruin jezuickich w Loreto

Chętnie korzystamy z tej oferty i mimo późnej pory jedziemy jeszcze kilkanaście kilometrów do Loreto. Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem i jest świetnym uzupełnieniem informacji zdobytych w San Ignacio. Ponieważ jest już późno, przystajemy na propozycję pracowników kompleksu na spędzenie nocy na terenie dawnych misji. Muszę się przyznać, że było trochę strasznie – ciemny, gęsty las, tysiące dziwnych odgłosów natury i niesamowicie rozgwieżdżone niebo, które magicznym sposobem stopniowo odpędzało wszelkie obawy przed niespodziewaną wizytą jakiegoś dzikiego zwierza.

Corrientes – mokro, coraz bardziej mokro…

Po nadspodziewanie spokojnej nocy na dobre żegnamy się z czerwonymi ziemiami Misiones i ponownie wjeżdżamy do prowincji Corrientes. Krajobraz w jednej sekundzie zmienia się całkowicie – z magicznej, zielonej selwy nieoczekiwanie przechodzi w mokradła rezerwatu przyrody Esteros del Ibera. Po drodze cały czas towarzyszą nam zawieszone nad rozległymi bagiennymi łąkami ogromne drapieżne ptaszyska, które cierpliwie czekają na swoją kolej po kęs potrąconego przez samochód kajmana albo pancernika.

Kajman i pancernik
Kajmany i pancerniki masowo giną pod kołami rozpędzonych pikapów

Esteros del Ibera to drugi co do wielkości – tuż po brazylijskim Pantalu – słodkowodny zbiornik na świecie, ma powierzchnię 13 000 km2. Na mokradła składają się liczne laguny, torfowiska, bagna i moczary, które stanowią ostoję dla niezwykle różnorodnej fauny i flory regionu. Wśród nich wyróżniają się: kajmany (nazywane przez miejscową ludność yacaré), kapibary, jelenie bagienne, lisy, małpy, pancerniki, wydraki, piranie i ponad 350 gatunków ptaków. Na wizytę w mokradłach koniecznie trzeba zabrać kalosze, dobry spray na komary i przygotować się na niezłe upapranie błotem.

fauna-i-flora-esteros-del-ibera
Fauna i flora mokradeł Esteros del Iberá. W niektórych przypadkach lepiej nie podchodzić zbyt blisko…
Turbina Yacyreta
Serce hydroelektrowni to 20 gigantycznych turbin

Robimy nieplanowany przystanek w miejscowości Ituzaingó, ponieważ na stacji benzynowej przy głównej drodze RN12 nie akceptują kart płatniczych. Zjeżdżamy kilka kilometrów do centrum miasteczka i przypadkowo dowiadujemy się, że za 15 minut odjeżdża wycieczka do największej w Argentynie hydroelektrowni, Yacyretá. Jest to terytorium kondominium z Paragwajem, więc musimy przejść kontrolę paszportową, która w efekcie stanowi ponad połowę czasu trwania całej wycieczki. Życie całego miasteczka Ituzaingó całkowicie skupione jest wokół hydroelektrowni, nieprzypadkowo też bywa ono nazywane argentyńską stolicą energii, ponieważ Yacyretá wytwarza aż 40% energii potrzebnej do zaopatrzenia całego kraju. Bez wątpienia jest to jedno z największych i najważniejszych przedsięwzięć inżynieryjnych ostatnich dekad, które wywołało nie tylko ogromne fale zachwytu, ale również i krytyki.

Następnego ranka płyniemy motorówką po rzece Paraná na pobliską wyspę Apipé Grande, zamieszkaną przez rdzenną ludność regionu. Miejsce to jednak nas rozczarowuje. Niby ładnie: rajska roślinność, dzikie plaże, urokliwe parterowe domki, ale wszędzie pełno… śmieci. Tak, niezliczona ilośc plastikowych butelek po napojach, torebek po chipsach, wszystkich klas papierków. A przecież wszyscy tak dobitnie podkreślają, że tubylcy żyją w wielkiej zgodzie z naturą… Coś tu nie gra. Nikt jednak nie potrafi mi tego zjawiska wyjaśnić.

Wyspa Apipe Grande
Szpital na wyspie Apipe Grande

Ostatnim przystankiem w Corrientes jest ekspresowa wizyta w stolicy prowincji o tej samej nazwie. Cały czas poruszamy się wzdłuż rzeki Paraná, za oknem rozciągają się ogromne, zielone równiny, na których wypasają się krowy, konie i krewni strusia – wielkie, niezgrabne nandu. Z góry bacznie obserwują nas drapieżne ptaki. Prosta jak drut droga na linii horyzontu wygląda jak olbrzymie lustro wody. Mam wrażenie, że nie ma końca, że prowadzi donikąd…

Zielone łąki
Za oknem przez setki kilometrów wypasają się krowy na soczyste steki i w panice uciekają płochliwe nandu

Prowincja Chaco, czyli „kraina łowców”

Owad
To tylko niewinna zapowiedź późniejszego ataku szarańczy

Nie za bardzo lubimy wielkie miasta, więc ograniczamy się tylko do spaceru po nadbrzeżnym bulwarze Corrientes, podczas którego spotykamy wielu podróżników z najróżniejszych zakątków świata. Wyjeżdżamy z tego molochu drogą krajową RN16, która na wskroś przecina w linii prostej prowincję Chaco. Przed nami prawie sześćset kilometrów prosto, bez najmniejszego zakrętu. Za oknem nie ma nic oprócz zieleni i z każdą minutą krajobraz staje się coraz bardziej ponury i złowrogi. Pobocze usiane jest martwymi pancernikami, nad którymi krążą wygłodniałe sępy i inne drapieżniki. Co chwilę następuje atak najróżniejszych insektów, w tym gigantycznych latających koników polnych. Teraz rozumiemy, dlaczego większość mijanych aut ma na przednim zderzaku zabudowaną solidną moskitierę. Szarańcza przedostaje się do wnętrza samochodu przez wszystkie możliwe otwory. Zamykamy więc szczelnie, co się da i zamknięci w puszce dzielnie podążamy przed siebie po solidnie wybrakowanym asfalcie. Ponury nastrój narasta i narasta… Poza tym, że nie ma tu absolutnie nic, smutek potęgują lokalne nazwy: Pampa del Infierno (Piekielna Pampa), Río Muerto (Martwy Strumyk), Monte Quemado (Spalone Wzgórze) etc.

Tuż przed zmierzchem zatrzymujemy się w niewielkiej miejscowości El Quebranchal, której mieszkańcy właśnie hucznie obchodzą swoją lokalną fiestę. Jest więc barwnie i gwarno. Noc spędzamy jednak poza miasteczkiem, ponieważ stopery do uszu nie są w stanie zagłuszyć pulsujących rytmów disco w najprawdziwszym argentyńskim wydaniu.

Wschodni łańcuch Andów na horyzoncie!

Następnego ranka wita nas ciemny i deszczowy dzień. Zostawiamy za sobą złowrogi krajobraz Chaco i wkraczamy do Salty, a następnie do prowincji Jujuy. Niespodziewanie, daleko na horyzoncie maluje się ściana gór – jesteśmy u bram Andów, w San Salvador de Jujuy.

San Salvador de Jujuy
Kolonialna zabudowa San Salvador de Jujuy

Czy aby na pewno nadal jesteśmy w Argentynie? Mieszkańcy miasta mają wyraźne indiańskie rysy, a po ulicach w strugach deszczu przetacza się barwny korowód, który stanowi zapowiedź nadchodzących dni i niepowtarzalnego klimatu malowniczych miasteczek położonych na wysokości ponad 2000 metrów nad poziomem morza. Ale o tym na razie jeszcze nie mamy pojęcia…

Kolejny kierunek: La Quiaca, granica z Boliwią

Stan licznika: 4077 km


Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *