Dziennik podróży

Tydzień 11: Perełka Epuyen i stary ekspres patagoński

W trakcie przeprawy brzegiem jeziora Nahuel Huapi z Villa la Angostura do Bariloche niespodziewanie zanikają piękne lasy i znów główna rola przypada złocistym kępkom pampasowych traw. Wraca zapomniana przez kilka dni monotonia stepowego, statycznego i płaskiego krajobrazu. Na szczęście na tym odcinku Patagonia litościwie dawkuje znużenie – już po 50 kilometrach pejzaż znów zaczyna barwić się na zielono i ustępować pierwszeństwa gęstej andyjskiej roślinności. Patagoński wiatr nie ustępuje jednak ani na chwilę.

San Carlos de Bariloche

San Carlos de Bariloche
Malowniczo położona nad brzegami wielkiego jeziora Nahuel Huapi wypoczynkowa miejscowość San Carlos de Bariloche.

Zdaniem Argentyńczyków ponad stutysięczne miasto San Carlos de Bariloche jest niekwestionowanym liderem wśród ośrodków wypoczynkowych prowincji Río Negro i Chubut. Opinia przybyszów z zewnątrz na temat nieodpartej magii tego miejsca jest jednak podzielona. Nas skutecznie przegoniły stąd potężne, deszczowe chmury, chmara turystów i monstrualne ceny.

Bariloche, co w języku Indian Mapudungun oznacza „ludzie zza gór”, to obecnie dynamicznie rozwijający się dwusezonowy kurort turystyczny, malowniczo położony w otoczeniu trzech polodowcowych jezior i wysokich górskich szczytów, z których jeden – Cerro Catedral – wraz z idealnie przygotowanymi siedemdziesięcioma trasami narciarskimi już ponad sto lat temu zyskał miano największego centrum białego szaleństwa w całej Ameryce Południowej. Tutaj, podobnie jak w pozostałych miejscowościach na szlaku siedmiu jezior, króluje iście tyrolska atmosfera. Nie ma się czemu dziwić – założycielami i pierwszymi mieszkańcami miasta byli imigranci z Niemiec, Włoch, Austrii i Szwajcarii. Nieskrywany zachwyt odwiedzających zabytkową starówkę wzbudza piękna, niezwykle oryginalna architektura. Charakterystycznych budynków i domków z ciosanego kamienia w drewnianej ramce urokliwych okiennic i balkoników nie odnajdziemy w żadnym innym miejscu. Podobno w ich murach zaczynali nowe, spokojne życie zbiegli po II wojnie światowej naziści. Po okolicy krąży również plotka, że sam Adolf Hitler dożył tu spokojnej starości… Pomiędzy perełkami imponującej architektury bujnie rozkwita masa hoteli, hosteli, restauracji, barów, kawiarni, czekoladziarni, domków do wynajęcia, sklepów z produktami wiodących światowych marek i pamiątkami oraz wszelkiego rodzaju punktów usługowych, mających na celu zaspokojenie życzeń i zachcianek nawet najbardziej wymagających turystów.

Ale Bariloche to nie tylko architektura i turystyczna infrastruktura, to także przepiękna przyroda, która z wigorem rozciąga się we wszystkich kierunkach od centralnego punktu ogromnego jeziora Nahuel Huapi, jakim jest wyspa Isla Victoria. Pełno tu mniej lub bardziej wydeptanych ścieżek, urokliwych zakątków oraz wielu przedstawicieli patagońskiej fauny i flory. W zasięgu wzroku znajduje się bajkowy, lecz zatłoczony park Llao Llao.

El Bolsón – patagoński hippisowski raj

Bolson miejscowość wypoczynkowa

Dalej na południe wiedzie droga krajowa nr 40, która malowniczo wije się nad brzegami szaroniebieskich jezior: Gutierrez, Mascardi i Guillermo, a następnie przecina niesamowicie zieloną dolinę rzeki El Manso, która oznajmia granicę prowincji. Wjeżdżamy do Chubut. Mijamy niewidzialną linię równoleżnika 42˚S i wjeżdżamy w patagońską część Andów. Wcześniej zaplanowany postój w El Bolsón okazuje się nadzwyczaj krótki, a to za sprawą przetaczającej się po szerokich ulicach miejscowości zwartej masy tłumu, która nie pozostawia dla nas ani skrawka wolnej przestrzeni. Wszędzie ustawiają się wężowe kolejki: do dyspozytorów z paliwem, do punktu informacji turystycznej, do sklepowych lad, do kramików z lokalnymi, domowej roboty przetworami z owoców… Trafiliśmy na styczniowy festiwal różnorodności. Jest tłoczno i gwarnie.

Miasteczko El Bolsón, położone na skraju Parku Narodowego Lago Puelo, to przez większą część roku cicha i sympatyczna, ukryta w cieniu góry Piltriquitron oaza spokoju. W latach 70. XX wieku miejsce to zasłynęło jako mekka dla szukających szczęścia i życiowej harmonii dzieci-kwiatów i od tego czasu została mu przypięta etykieta „hippisowskiej stolicy Ameryki Południowej”. Rzeczywiście w powietrzu wyczuwa się totalny luz i ogromne pokłady pozytywnej energii. Jednak oczekujące na wieczorny koncert tłumy, absolutny brak miejsc parkingowych i generalny ścisk skutecznie popychają nas dalej na południe.

W okolicach El Bolsón panuje swoisty mikroklimat, który zapewnia bujny rozkwit drzew i krzewów owocowych, sprzyjając tym samym hodowli organicznych, nieskażonych chemikaliami jeżyn, malin, truskawek i czereśni. Ponadto można podziwiać tu malownicze plantacje chmielu, pięknie rzeźbione pnie Bosque Tallado czy rozległe, słodko pachnące gaje owocowych drzew.

Epuyen

Jezioro Epuyen
Olśniewające dziewiczym pięknem jezioro Epuyen.

Po przeciwnej stronie Parku Narodowego Lago Puelo znajdujemy mały, ukryty przed światem ziemski raj – malusieńkie miasteczko o nazwie Epuyen. Skromne, parterowe domki, osłonięte przed wiatrem szpalerami topól, gęsto zapełniają malowniczą dolinę, ściśniętą z jednej strony granitowymi schodami Andów a z drugiej – bujnym patagońskim lasem. A w oddali błyszczą turkusem krystalicznie czyste wody jeziora o tej samej nazwie.

Krótko mówiąc, Epuyen to sympatyczna, rolnicza wioska, której jeszcze nie zdążyli zadeptać turyści. Podobnie jak w El Bolsón i okolicach tutejszy krajobraz całkowicie zdominowały gaje jabłoni, grusz, czereśni oraz plantacje jeżyn, malin i truskawek. Jest to idealne miejsce na posmakowanie domowej roboty konfitur z róży, dżemów, owocowych syropów, naturalnych soków, miodu oraz rozmaitych ciast, ciasteczek i słodkości.

W porastającym brzegi jeziora Epuyen leśnym buszu ukryte są przepiękne trasy spacerowe, które oferują zachwycającą oczy i duszę panoramę na rozległą taflę ciemnoniebieskiej wody, bliskie spotkanie z kondorami, magiczną przeprawę przez pachnący sosnami las czy odpoczynek na plaży rodem z Karaibów. Miało być jedno popołudnie, były trzy. Leniwe, słoneczne, samotne, skąpane w soczystym czereśniowym miąższu.

Cholila

Kiedy pędzimy wzdłuż wschodniej ściany Andów na południe kontynentu, niespodziewanie od jednej z bocznych dróg dociera do nas fascynujący powiew legendy Dzikiego Zachodu. Chociaż prawdziwa historia wydarzyła się ponad sto lat temu, tutaj – w dolinie Cholila – cienie słynnych na cały świat obrabiaczy banków, Butch’a Cassidy’ego i Sundace Kida, do dziś przemykają po rozległych terenach wśród wypasającego się bydła i rżących koni.

Znani z filmu Butch Cassidy i Sundace Kid – z Robetrtem Redfordem i Paulem Newmanem w rolach głównych – rozbójnicy z Dzikiego Zachodu na początku XX wieku uciekają na południe przed sprawiedliwą ręką amerykańskich szeryfów. Znajdują schronienie na ogromnych przestrzeniach wszędobylskiej patagońskiej pustki, gdzie królują kurz, cisza, czarne chmury na horyzoncie i – przynajmniej w tamtych czasach – liczne banki do obrobienia. Chociaż okolica łudząco przypomina rozległe prerie Ameryki Północnej, tutaj każdy jest sobie panem i władcą, tutaj prawo nie istnieje.

Butch Cassidy i Sundace Kid
Dwóch łotrów, których nie sposób nie kochać – Paul Newman i Robert Redford – w klasycznym westernie z 1969 roku z Patagonią w tle.

Po przybyciu do Patagonii złodzieje zmieniają nazwiska i na cztery lata świat o nich zapomina, aż do 1905 roku, gdy napadają na bank w Río Gallegos, a później pustoszą wiele innych skarbców w całej okolicy. Ostatecznie w 1907 roku porzucają swoje pokaźne gospodarstwo rolne, na które składa się 300 krów, 1500 owiec i kilkanaście koni, i szukają schronienia w innej części Ameryki Południowej. Legenda głosi, że zostali pojmani i straceni w Boliwii. Chata, w której mieszkali bandyci z Dzikiego Zachodu stoi do dziś i można do niej zajrzeć po drodze do Esquel.

Esquel i stary ekspres patagoński

Kolejnym przystankiem jest dworzec kolejowy w niewielkiej miejscowości Esquel. Zwabiła nas tu obietnica podróży do przeszłości, do czasów, gdy po szynach pomykały żelazne, parowe potwory, a w przyczepionych do nich eleganckich, drewnianych wnętrzach wagonów, wokół ogromnych pieców, toczyło się najbardziej towarzyskie życie ówczesnej Patagonii.

Wystarczy przekroczyć próg dworca, by ją dostrzec, żywy relikt historii – piękną czarnulkę La Trochita, przez Argentyńczyków pieszczotliwie nazywaną wąskotoróweczką. To tu, w Esquel, przypada końcowa stacja „starego ekspresu patagońskiego”, który przez ponad pół wieku regularnie przemierzał bezkresne stepy od wybrzeża Atlantyku do podnóży andyjskich wzgórz. Pędzący przez rozległe pampasy skład transportował nie tylko towary, ale także ludzi oraz ich marzenia, nadzieje i rozczarowania, stając się niemym światkiem wielu niecodziennych spotkań, intrygujących opowieści, kłótni i dramatów aż do 1992 roku, dnia swego ostatniego kursu.

La Trochita zyskała światową sławę w latach 70. XX wieku za sprawą powieści amerykańskiego pisarza Paula Theroux’a, który pewnego dnia wsiadł do bostońskiego metra i jechał z licznymi przesiadkami tak długo, aż dotarł do ostatniej stacji w magicznej Patagonii, do Esquel. Podróżnik pięknie opisuje różnorodność amerykańskich kultur na przykładzie zachowania i fizjonomii współpasażerów. A czasu na obserwacje miał sporo, gdyż sam „stary ekspres patagoński” toczył się po wąskich, oddalonych od siebie o 75 centymetrów szynach przez 14 godzin. W tym czasie całe życie towarzyskie wagonu rozkwitało wokół cieplutkiego pieca, na którym można było podgrzać wodę na mate, usmażyć jajko sadzone albo steka – wedle gustu. Tutaj toczyły się najciekawsze rozmowy i tu dzielono się jedzeniem, wiadomościami ze świata, opowieściami o życiu, podróżach, polityce, szczęśliwych i nieszczęśliwych miłościach…

Stary ekspres patagoński
Punkt 10:00 „stary ekspres patagoński” rusza w turystyczny rejs, zupełnie jak parowa lokomotywa w wierszu Juliana Tuwima.

Przed powrotem na Rutę 40 postanawiamy zajrzeć do znajdującego się tuż przy granicy z Chile parku narodowego, w którym znalazły schronienie stare jak świat patagońskie cyprysy. Po drodze mijamy „walijską” wioskę Trevelín, w której po dziś dzień kultywuje się wielowiekową brytyjską tradycję picia herbaty. Wśród turystów krążą jednak plotki o wątpliwej jakości serwowanego tu naparu. Wioska sama w sobie nie kryje zbyt wielu atrakcji, poza tym że stanowi symboliczną bramę wjazdową do parku Los Alerces.

Kolejny kierunek: El Chaltén

Stan licznika: 8206 km


Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *