Dziennik podróży

Tydzień 2: Przez Entre Rios, wzdłuż wodnej granicy

Pierwszym przystankiem w Argentynie jest miasteczko Colón, w prowincji Entre Rios, połączone z urugwajskim Paisandú ponad dwukilometrowym mostem granicznym, pod którym bystrym nurtem płyną błotniste wody naturalnej granicy między tymi dwoma krajami – rzeki Uruguay.

Prowincja Entre Rios – życie pomiędzy rzekami

Wjeżdżamy na tereny nazywane argentyńską Mezopotamią. Entre Rios dosłownie oznacza „między rzekami”. To zielone rolnicze tereny porośnięte bujną roślinnością i gęstymi lasami. Żaden inny region Argentyny nie może poszczycić się taką obfitością i różnorodnością przyrody, jaką posiada Międzyrzecze (obszar ten obejmuje nie tylko Entre Rios, ale również przyległe prowincje Corrientes i Misiones). Żyje tu kilkaset gatunków ptaków, dzikich zwierząt, gigantycznych insektów, występują przepiękne klifowe wybrzeża i jedyne w swoim rodzaju gaje palmowe. Spotykają się w tym miejscu spokój, harmonia i prawdziwie dzika natura.

W ostatnich tygodniach poziom rzeki Uruguay urósł prawie o 6 metrów. Zalane wyspy San Francisco i Queguay tworzą piękne tło dla spacerujących wzdłuż nadbrzeża Herminio Quirós Argentyńczyków. Plaże są całkowicie zalane przez wodę, a brzegi pokryte ogromem błota. Mieszkańcom miasteczka jednak wcale to nie przeszkadza i jak gdyby nigdy nic spędzają wolny czas nad brunatnymi falami. Dzieci obrzucają się błotem, a ich rodzice popijają mate, spoglądając od czasu do czasu na zarzuconą wędkę.

Zabłocone dzieci na plaży
Błotne szaleństwo nad brzegiem rzeki Uruguay

Gdyby nie to, że na każdym kroku powiewa argentyńska flaga, trudno byłoby zorientować się, że jesteśmy w innym kraju. Ludzie mają taki sam akcent, jaki słyszeliśmy w Urugwaju, krajobraz do tej pory niewiele się zmienił, ulice pełne są ludzi popijających mate. Miasteczko jest bardzo przyjemne – zadbane i spokojne. Magnetycznego uroku dodaje mu niewielki port i kilkukilometrowy deptak nad brzegiem rzeki, który popołudniami staje się scenerią dla setek biegaczy i spacerowiczów. Stawiamy kampera przy głównym placu San Martín i nie ruszamy się stąd przez dwa dni.

Najważniejszą formalnością, jaką musimy załatwić tuż po wjeździe do Argentyny jest wykupienie ubezpieczenia samochodu. Odwiedzamy chyba wszystkich agentów w mieście i tylko dwie firmy są w stanie przygotować polisę dla pojazdu na obcych rejestracjach: Allianz i Rivadavia. Decydujemy się na propozycję nr 2 i już na kilka miesięcy mamy problem z głowy, ponieważ ubezpieczenie obejmuje następujące kraje MERCOSUR: Argentynę, Chile, Brazylię, Paragwaj, Urugwaj, Boliwię i Peru.

Port w Colón
Niewielki port w miasteczku Colón

Niecodzienni sąsiedzi na kempingu El Palmar

Po relaksującym pobycie w Colón, ruszamy drogą nr 14 na północ. Już po 45 kilometrach zatrzymujemy się w Parku Narodowym El Plamar. Jest to przepiękne miejsce, w którym można podziwiać emblematyczne gaje palm z gatunku Butia Yatay o cienkich, strzelistych pniach i rozłożystej koronie. U ich podnóża, niczym hipopotamy, moczą się w błotnistych jeziorkach największe gryzonie świata – kapibary, a nad głowami latają niezliczone gatunki kolorowych ptaków.

Larry w El Palmar
Larry w Parku Narodowym El Palmar

Park można zwiedzać samochodem, na rowerze, motorze, piechotą… Istnieje kilka wytyczonych głównych tras, a dla miłośników długich spacerów i trekkingu przygotowano wiele interesujących ścieżek. Pobyt w tym miejscu stanowi niepowtarzalną okazję do kontaktu z dziką naturą.

W samym sercu parku, tuż przy szerokiej, piaszczystej plaży znajduje się dość duży kemping – jest to jedyne miejsce w parku, w którym można spędzić noc. Wybieramy więc najładniejszą parcelę i zachwyceni ogromną ciszą, idziemy spać.

Wiskacza południowoamerykańska
Wiskacza południowoamerykańska

Błogi sen nie trwa jednak długo… W samym środku nocy do uszu zaczynają dochodzić hałasy majstrowania przy podwoziu kampera, którym towarzyszą przeraźliwe dźwięki ożywionej rozmowy. Czy to hieny? Nie, na naszej parceli harcuje coś w rodzaju szczurokrólików, które zawzięcie próbują podkraść nam kabel elektryczny, już nawet udało im się go przenieść o kilka metrów. Pech chce jednak, że jest on podpięty do prądu i wcale nie tak łatwo jest zwinąć go do norki. Po kilkunastu minutach naszej interwencji cztery sympatyczne zwierzaki dają za wygraną i przenoszą się w inne miejsce kempingu.

Następnego ranka okazuje się, że ustawiliśmy się tuż przy wielkiej norze wiskaczy – typowych dla Ameryki Południowej gryzoni z rodziny szynszylowatych. Wyglądem przypominają one krzyżówkę szczura z królikiem i – jak opowiada właściciel kempingu – są zawziętymi kleptomanami. Wszystko, co napotkają na swojej drodze, ląduje w ich skomplikowanych, wielorodzinnych norkach, zwanych przez Argentyńczyków vizcacheras. Nietrudno więc domyślić się, że zgłoszeń kradzieży na kempingu musi być całkiem sporo 🙂 .

Vizcachera - norka wiskaczy
Vizcachera, czyli norka, w której wspólnie mieszkają wiskacze i jaszczurki. Lepiej więc nie wkładać tam ręki 😉

Na północ szlakiem yerba mate

Cały czas jedziemy na północ drogą nr 14, żegnamy się z Entre Rios i wjeżdżamy do prowincji Corrientes. Zatrzymujemy się w słynnej uzdrowiskowej miejscowości Chajarí, gdzie napełniamy wodami termalnymi wszystkie zbiorniki. Kolejny przystanek robimy w malowniczym miasteczku Vilasoro (pełna nazwa brzmi: Gobernador Ingeniero Valentín Virasoro), które niegdyś stanowiło ważny przystanek na szlaku wymiany handlowej yerba mate. Ulice pokrywa czerwona ziemia, a w powietrzu unosi się zapach ziół i drewna. Ogromny cień rzucany przez drzewo karobowe zaprasza do odpoczynku i chętnie z tego zaproszenia korzystamy.

Pomnik mate
Pomnik yerba mate w Vilasoro

Zaczarowany las i ruiny misji jezuickich

Kolejny poranek rozpoczynamy wraz z pierwszymi promieniami słońca od spaceru po zaczarowanym lesie porastającym kompleks archeologiczny San Alonso. To właśnie o świcie życie lasu jest najintensywniejsze i przy odrobinie szczęścia można spotkać wielu jego mieszkańców. Naszymi przewodnikami są Juan i Facundo – młodzi chłopcy, którzy częstują nas naparem z liści mate i opowiadają niesamowite historie o duszkach żyjących między pniami drzew, pokazują rdzenne rośliny – drzewa, krzewy, rośliny lecznicze, pnącza i epifity, wspólnie odkrywamy i śledzimy tajemnicze ślady na mokrej jeszcze od rosy ziemi, wpatrujemy się w ogromny plaster miodu zawieszony na jednym z drzew, wodzimy głowami za szybszymi niż nasze oczy ptakami, usiłujemy zatrzymać w obiektywie obraz najpiękniejszych motyli i ogromnych insektów.

Fikus dusiciel
Fikus dusiciel, którego korzenie oplatają i niszczą wszystko, co napotkają na swej drodze

Uwieńczeniem spaceru jest wizyta w ruinach jezuickich misji, które zakonnicy Towarzystwa Jezusowego z entuzjazmem zakładali w XVII i XVIII wieku na obecnych terenach Argentyny, Paragwaju i Brazylii. Prace archeologiczne na tym stanowisku są dopiero w powijakach, ale z opowieści Juana i tak jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, jak mogła wyglądać taka redukcja. Urzeczeni magią tego miejsca ruszamy na północ, nie mając pojęcia o tym, co zobaczymy później w San Ignacio.

Drzewo
Potężne ponad dwustuletnie drzewo

Prosto do celu – Wodospady Iguazu

Tuż po przekroczeniu granicy prowincji Misiones, zjeżdżamy z drogi nr 14, skręcamy w 105, a potem 12 jedziemy aż do następnego celu na styku brazylijsko-argentyńskiej granicy. Krajobraz jest tak piękny, że szkoda nawet na chwilę oderwać od niego wzrok. Przy każdym postoju podłoga i dywaniki zabarwiają się coraz bardziej na czerwono. Z krwistoczerwonej ziemi wyrasta bujna tropikalna roślinność. Za oknem migają jeden za drugim niskie parterowe domki, bardzo skromne, w których żyją potomkowie Indian Guarani. Wraz z każdym kilometrem narasta magia: mijamy miasteczko o wymownej nazwie Eldorado, z wielkiego plakatu w Montecarlo pozdrawia nas Che Guevara, a w mieścinie Wanda nagle przed oczami staje mi napis „Częstochowa”. My jednak wciskamy gaz do dechy i suniemy po idealnym jak na argentyńskie warunki asfalcie, zostawiając zwiedzanie i rozszyfrowanie polskobrzmiącej enigmy na drogę powrotną, teraz czas na jeden z cudów natury – wodospady Iguazu :-). Na wizytę w parku przeznaczamy dwa dni, lecz i tak odjeżdżamy z pewnym niedosytem w duszy.

Park Narodowy Iguazu
Wjazd do Parku Narodowego Iguazu

Kolejny kierunek: La Quiaca

Stan licznika: 2405 km


Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *