Dziennik podróży

Tydzień 4: Wysokie Andy, soroche i liście koki

Uj, La Quica… Nie jedźcie tam, soroche jest nie do wytrzymania! Rozchorujecie się i tyle. – Jednogłośnie ostrzegają mieszkańcy San Salvador de Jujuy, regionu Argentyny położonego na wysokości ponad 2000 metrów nad poziomem morza, potocznie nazywanego Puną. Ale jak tam nie jechać, kiedy zdjęcia z przewodników rozniecają wyobraźnię do czerwoności?

Bez większego namysłu ruszamy na północ drogą krajową RN9. Po godzinie znajdujemy się już o kilometr wyżej, w uroczej miejscowości o nazwie Purmamarca. Mieścina jest malusieńka, ale bardzo bajkowa: usytuowana u stóp fantazyjnej góry o sześciu różnych kolorach, która od niedawna stała się główną atrakcją przyciągającą turystów jak magnez, zresztą jak cały region Quebrada de Humahuaca. Na ulicach jest kolorowo i gwarno. Stare Indianki zachęcają do zakupu liści koki. Dlaczego nie? Pakuję do torby małe zawiniątko z rośliną, która za kilka dni uratuje mnie przed złym duchem wysokich Andów…

Tablica Purmamarca
Na wysokości 2449 m n.p.m. zaczynają pojawiać się pierwsze objawy soroche, czyli choroby wysokościowej
Miasteczko Purmamarca
Miasteczko Purmamarca jest malusieńkie, lecz niezwykle ożywione i przepełnione lokalnym kolorytem wysokich Andów
zwrotnik Koziorożca
Północny kraniec Argentyny przecina zwrotnik Koziorożca

Zapuszczamy się dalej na północ. Telefony milkną – znika zasięg operatora i sygnał wi-fi. Tak już pozostanie przez kilka najbliższych dni. Jesteśmy całkiem sami pośród bezkresu gór, tylko od czasu do czasu na plamce zieleni maluje się mikromiasteczko. Otaczające osadę Maimará wysokie góry na kilkuset metrach przekształcają się w magiczną „paletę malarza”, która zachwyca bogactwem barw i niesamowitą formą. Po chwili zaskakuje nas duża zielona tablica z napisem „Trópico de Capricornio” – właśnie przekraczamy granicę Zwrotnika Koziorożca. Największą radością dnia jest pierwsze spotkanie twarzą w twarz z najprawdziwszą lamą :-). Z początku podchodzę z rezerwą, ponieważ wiem, że w każdym momencie może ona sięgnąć po swoją najcięższą broń – glutowate pociski ze śliny. Zwierzę chowa uszy w tył głowy i rozpoczyna produkcję galaretowatej artylerii, zerka podejrzliwie i wykrzywia swój pyszczek w najróżniejsze grymasy. Ostatecznie udaje mi się wyjść z tego spotkania na czas.

Rodzina lam
Zaczynają pojawiać się pierwsze lamy. Z ogromnymi wyrzutami sumienia muszę przyznać się, że kawałek tego uroczego zwierzaka wylądował w moim żołądku 🙁

Późnym popołudniem docieramy do miejscowości Tilcara, a noc spędzamy kilkanaście kilometrów dalej – w Humahuaca (2936 m n.p.m.). Obydwa miasteczka są do siebie podobne: życie skupia się wokół głównego placu, w centralnym punkcie znajduje się kolonialny kościółek, ulice zapełnione są mobilnymi rożnami, na których smażą się typowe tortas i złociste empanady. W powietrzu unosi się zapach zupełnie innego, nieznanego świata, w którym momentami czuję się jak intruz. Nikt mi tego nie mówi, ale niektóre spojrzenia zdradzają, że moja fizjonomia ani strój nie pasują do tego miejsca.

Argentyński chłopiec
Mieszkańcy północnej części Argentyny mają silne indiańskie rysy, ubierają sie w tradycyjne stroje i na co dzień zajmują się rękodziełem – zuełnie jak ich przodkowie sprzed kilkuset lat

Spędzamy noc tradycyjnie na głównym placu miasteczka. W północnej części Argentyny kempingi i pola namiotowe praktycznie nie istnieją, a jeśli nawet są, to otwarte są tylko w najwyższym sezonie. Nie mamy więc co liczyć na szczęście. Nie ma to jednak znaczenia, ponieważ odwiedzane przez nas wioski i miasteczka są bardzo spokojne i tak naprawdę w każdym miejscu można bezpiecznie spędzić noc.

Wysoko, wyżej, coraz wyżej… soroche

Kolejny ranek, kolejny zryw w kierunku północy. Od „końca” Argentyny dzieli nas około 160 kilometrów. W europejskich warunkach uwinęlibyśmy się w półtorej godziny, ale nie w Ameryce Południowej – droga wije się bez końca, co jakiś czas zmagamy się z potężnymi podjazdami, zaczyna kręcić się w głowie, zatykają się uszy, brakuje tchu. W dodatku słońce grzeje jak szalone. A przecież wcale nie jest tak ciepło, termometr pokazuje zaledwie 22 stopnie.

Larry w Andach
Larry świetnie daje sobie radę na olbrzymich wysokościach 🙂
Acullico, czyli kulka z liści koki
Źródło: elmundo.com.bo

W miejscowości Abra Pampa tankujemy paliwo do baku i trzech zapasowych kanistrów. Pytam jednego z pracowników stacji o stan drogi do La Quiaca. Odburkuje mi coś pod nosem. Nie rozumiem, co do mnie mówi i jeszcze trzy razy proszę, by powtórzył. Bez powodzenia, nie jestem w stanie rozszyfrować ani jednego słowa. Nagle chłopak podnosi głowę znad kasy i zaczyna mi się przyglądać, a ja jemu. Nic dziwnego, że nie zrozumiałam jego bełkotu, bo jak tu zrozumieć kogoś, kto ma policzki wypchane jak chomik. Rozglądam się wokoło i widzę mnóstwo „ludzkich gryzoni”.

Otóż na wysokości 3484 metrów nad poziomem morza organizm człowieka nie jest w stanie normalnie funkcjonować i potrzebuje wspomagaczy, które odpędzą nieprzyjemne objawy choroby wysokościowej, zwanej tutaj soroche. Ludność zamieszkująca region Puny od wieków stosuje w tym celu swój naturalny środek, który otrzymała w darze od pradawnych bogów – święte liście koki. Indianie z wysokich Andów przypisują chorobie górskiej magiczne znaczenie i obawiają się jej jak złego ducha.

Encyklopedia PWN opisuje soroche jako „zespół objawów chorobowych występujących u osób przebywających na dużych wysokościach, spowodowanych występującym tam obniżeniem ciśnienia atmosferycznego i zmniejszeniem się ilości tlenu; może występować u osób nie zaaklimatyzowanych już na wysokości powyżej 2000 m n.p.m.; cechują ją: ból głowy, znużenie, nudności, duszność, zaburzenia snu i szybkie, gwałtowne bicie serca; cięższymi postaciami choroby górskiej na większych wysokościach mogą być: wysokościowy obrzęk płuc, wysokościowy obrzęk mózgu, krwotoki do siatkówek, obrzęk kończyn lub twarzy, zakrzepowe zapalenie żył”.

Przypominam sobie, że mam w torebce liście koki, które kupiłam w Purmamarce. Na stacji benzynowej nie brakuje chętnych, żeby wyjaśnić mi, jak należy przygotować idealną kulkę koki do żucia (hiszp. acullico). Wkładam kilka listków do ust i zaczynam żuć, by puściły sok. – Musisz zrobić wielką kulę i dodać odrobinę substancji o właściwościach alkalizujących, na przykład sodę oczyszczoną – mówi jeden chłopak. Tak sobie patrzę na ich trwale zdeformowane policzki i postanawiam zachować swoją twarz w oryginalnym stanie. Ostatecznie decyduję się na napar z suszonych liści koki. Z termosem pełnym leczniczej herbatki nie będę się rozstawała przez kilka tygodni.

Liście koki
Liście koki są cennym źródłem witamin i składników mineralnych, które doskonale odżywają organizm na wielkich wysokościach oraz zapobiegają zmęczeniu i zmniejszają uczucie głodu

Liście koki, uważane za największe zło cywilizowanego Zachodu, same w sobie nie są narkotykiem. Stanowią one nieodłączny element kultur andyjskich Indian od tysięcy lat. Roślina ta pomaga w naturalny sposób znosić męczenie, duże wysokości a nawet głód. Fakt, że tradycjne plemiona muszą ponosić konsekwencje śmiercionośnych wynalazków białego człowieka jest bardzo krzywdzący i niesprawiedliwy.

Coraz dalej na północ

Im dalej na północ, tym krajobraz staje się bardziej pustynny, księżycowy. Rysujące się na horyzoncie góry wyglądają jak olbrzymie wydmy. Przy drodze wypasają się liczne lamy i wikunie. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą z Boliwią kończy się asfalt. Szutrowy trakt stanowi przedsmak zagubionych na wysokościach uśpionych bratnich miasteczek: argentyńskiej La Quiaca i boliwijskiego Villazón, oddzielonych niekontrolowanym przejściem granicznym Horacio Guzmán.

Ulice La Quiaca
Ulice uśpionego miasteczka La Quiaca

La Quiaca to pogrążone w letargu miasteczko, którego mieszkańcy usilnie próbują prowadzić normalne życie. Brak tlenu nie pozwala jednak trzeźwo myśleć ani utrzymać przez cały dzień szeroko otwartych oczu. Kupuję jajka na targowisku. W czasie, gdy wybieram 6 sztuk, sprzedawczyni ucina sobie drzemkę, z której nie jestem w stanie jej wybudzić. Zostawiam kilka monet w wyciągniętej dłoni o oliwkowym odcieniu i oddalam się. Kobieta budzi się dopiero po kilkunastu minutach.

Targ w La Quiaca
Równie uśpiony targ w La Quiaca

Następnego ranka przechodzimy na boliwijską stronę, do Villazón. Formalności trwają niecałe 2 minuty. Tuż za mostem ma swój początek zupełnie inny świat, całkowicie zdominowany przez uliczny handel. Można tu kupić dosłownie wszystko praktycznie za grosze. Z wieszaków zwisają ubrania wiodących światowych marek. Cena nie pozostawia złudzeń – idealnie skopiowane podróbki. Wcale nie dziwi fakt, że nawet starsze kobiety w tradycyjnych strojach noszą „markowe” buty. Wszędzie kłębią się kopce wełnianych swetrów, szalików, rękawiczek, pamiątek i rozmaitych lokalnych cudeniek. U stóp każdego stoiska wznosi się ogromny worek po brzegi wypełniony suszonymi liśćmi koki.

Villazon
Kolorowa ulica boliwijskiego Villazón

La Quiaca – początek czy koniec drogi?

Dlaczego la Quiaca? Przecież nie jest to turystyczny raj. Przybyliśmy do tego zapomnianego przez bogów miejsca nie dlatego, że mamy w planie wybrać się na tanie zakupy do Boliwii, ale dlatego, że tu ma swój początek – a w zasadzie koniec – mityczna Ruta 40, która na wskroś przecina Argentynę i przez ponad 5000 kilometrów prowadzi do samiusieńkiego południa kontynentu południowoamerykańskiego, Cabo Virgenes.

Podróż drogą krajową RN40 przemienia się w niesamowity kalejdoskop krajobrazów, który przemierza 11 argentyńskich prowincji: Jujuy, Salta, Tucumán, Catamarca, La Rioja, San Juan, Mendoza, Neuquén, Río Grande, Chubut, Santa Cruz. Od tego momentu Ruta 40 będzie dla nas niczym gwiazda południa wyznaczająca kres stałego lądu. Czas więc ruszyć w drogę!

Witamy w La Quiaca
Od południowego krańca Argentyny i oficjalnego końca świata, miejscowości Ushuaia, dzieli nas zaledwie 5000 kilometrów 🙂

Sól na horyzoncie… Salinas Grandes

Wracamy do miejscowości Purmamarca, a stamtąd jedziemy drogą RN52 w kierunku granicy z Chile. Po drodze towarzyszą nam ogromne kaktusy cardones, które wprawiają bardziej w meksykański niż argentyński nastrój. Niespodziewanie wyrasta przed nami kręty podjazd Cuesta del Lipán. Jedna góra za drugą, wydaje się, że już wyżej się nie da. Po pokonaniu kilkuset zakrętów jesteśmy o kilometr wyżej, ponad chmurami. O wysokości daje znać betonowy obelisk wskazujący 4170 metrów nad poziomem morza i oniryczne zawroty głowy. Rozciągający się ze szczytu krajobraz jest przepiękny, robi na mnie większe wrażenie niż wszystkie dotychczasowe widoki.

Larry w chmurach
Larry na samiusieńkim szczycie Cuesta del Lipán, sporo ponad chmurami

Ze szczytu jest już z górki. Droga wije się niesamowitą serpentyną, która prowadzi poprzez cudownie kolorową dolinę do białego punktu na horyzoncie – pustyni solnej Salinas Grandes. Nadal jesteśmy wysoko, 3450 metrów nad poziomem morza. Im bliżej pustyni, tym bardziej niesamowita biel razi w oczy. Parkujemy na białym podłożu. Wszędzie sól, nawet przydrożna restauracja jest w 100% wykonana z tego minerału. Ponad 212 kilometrów kwadratowych białego bezkresu, od którego odbija się oślepiający blask słońca, który nie wiedzieć czemu, sprzyja fotograficznym wygłupom.

Spędzenie nocy na pustyni solnej było jednym z najlepszych pomysłów, nawet mimo dość silnego wiatru. Nigdy wcześniej nie widziałam aż tak bardzo rozgwieżdżonego nieba i tak przeraźliwie głębokiej czerni nocy jak w tym miejscu. A następnego ranka cudownie pomarańczowy świt. O 7 rano na Salinas Grandes nie ma żywego ducha: jest tylko bezkresna biel, błękit wyciętych w solnej skorupie basenów, ciepło słońca i absolutna cisza.

Larry na pustyni solnej
Nie ma to jak nocleg na odludziu. Przynajmniej soli mamy pod dostatkiem 🙂

Kiedy opadliśmy z sił i skończyła się energia na dalsze szaleństwa, za namową jednego z poznanych na trasie Argentyńczyków postanowiliśmy wybrać fragment „dawnej” Ruty 40, obecnie droga nr 79. Był to ogromny błąd! Szutrówka w najgorszym wydaniu, tzw. tarka. Przed nami najdłuższe 100 kilometrów w życiu na opuszczonej trasie, gdzie jedynymi świadkami naszej udręki były wypasające się na poboczu się lamy.

Tres Morros
Po drodze mijamy jedno jedyne miasteczko, które składa się dokładnie z tego, co widać na fotografii

O zachodzie słońca dojeżdżamy do najbliższego miasta San Antonio de los Cobres. Marzymy o w miarę zaopatrzonym sklepie, stacji benzynowej akceptującej karty płatnicze i przyjemnym miejscu na nocleg. Po dotarciu do centrum marzenia pryskają jak mydlana bańka. No cóż, kolejny raz na kolację dynia zapallito. Na szczęście warzywo to można przyrządzić na sto różnych sposobów :-).

Kolejny kierunek: Calafate, winiarski raj

Stan licznika: 4934 km


Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

One thought on “Tydzień 4: Wysokie Andy, soroche i liście koki

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *