Dziennik podróży

Tydzień 5: Bajkowe doliny, skaliste wąwozy i winnice aż po horyzont – Salta

Chociaż San Antonio de los Cobres, miasteczko usytuowane w argentyńskiej prowincji o nazwie Salta, nie zachwyca, pozostajemy tu przez dwie noce. A to wszystko przez pogodę. Rankiem na horyzoncie kłębią się puszyste, popielate chmury, które nie zachęcają do pokonania następnego, najtrudniejszego odcinka Ruty 40 – przełęczy Abra del Acay. Dlaczego trudnego? Ponieważ łączy on w sobie ogromną wysokość nad poziomem morza, gruntowo-szutrową, krętą szosę – często typu „tarka” – o potężnych podjazdach i absolutną samotność na drodze, nie licząc oczywiście lam, wikunii i szybujących nad głowami drapieżników. A nie czarujmy się, Larry nie jest wszechmocnym 4×4.

Wykorzystaliśmy ten pochmurny dzień na spacer po sennym, górniczym miasteczku, w którym drzewa można policzyć na palcach jednej ręki, oraz na postanie sobie z zadartymi głowami pod spektakularnym łukowatym wiaduktem La Polvorilla, po którym wesoło mknie Tren a las Nubes, czyli pociąg do chmur. Podobno jest to jeden z najbardziej przerażających odcinków kolejowych na świecie. Zwieszony na wysokości 4200 metrów nad poziomem morza mrozi krew w żyłach. Z dołu robi wrażenie. Duże wrażenie. Zapiera dech w piersiach i w przenośni, i dosłownie. Wyobrażam sobie, jaką adrenalinę muszą czuć pasażerowie. Cała impreza z pewnością przyprawia o zawrót głowy – nie na darmo na pokładzie pociągu zawsze znajduje się wykwalifikowana pomoc medyczna, tuż obok armii wystrojonych stewardów czuwających nad komfortem równie wystrojonych w idealnie wyprasowane polówki argentyńskich turystów, dla których pociąg do chmur jest spełnieniem marzeń o idealnej podróży.

Tren a las Nubes
Słynny argentyński „pociąg do chmur” – Tren a las Nubes

Abra del Acay – też w chmurach, ale tym razem kamperem

Tuż po wyjeździe z San Antonio de los Cobres, gdy tylko rozsunęła się zasłonka chmur, ma miejsce kolejna eksplozja kolorów – tym razem w głębinach ukrytych między gołymi, wielobarwnymi górami rozlewa się szeroki jęzor groszkowej zieleni, przeciętej nitką krystalicznie czystych wód rzeki Cachaquí, które leniwie spływają z ośnieżonego szczytu Nevado de Acay. U stóp tej potężnej góry znajduje się jedna z najwyżej położonych przełęczy na świecie i jednocześnie najwyższy punkt legendarnej Ruty 40 – Abra del Acay (4995 m n.p.m.). Pokonanie 97 kilometrów zajmuje sześć godzin, najpiękniejszych sześć godzin w dotychczasowej podróży po Argentynie. Na tym krótkim odcinku obrazy za oknem zmieniają się w szaleńczym tempie. Każdy zakręt otwiera coraz to piękniejszy widok. Natura ostentacyjnie eksperymentuje z kształtami i kolorami, których nie sposób nie chłonąć wszystkimi zmysłami naraz.

Dolina rzeki Calchaqui
Hipnotyzująca dolina rzeki Calchaquí, Salta (Argentyna)

Późnym popołudniem zjeżdżamy żwirowanymi serpentynami wyżłobionymi w gigantycznych skałach do malusieńkiego miasteczka La Poma. Cudne miejsce, znajdują się tu trzy sklepy, bankomat, kościółek i bardzo profesjonalne biuro informacji turystycznej. Tyle że turystów absolutny brak… Przysiadam na ławeczce wykonanej z kaktusa, którego „lasy” porastają poszarpane wzgórza doliny. Ten olbrzym na starość drewnieje i przemienia się w niezwykle oryginalny materiał do tworzenia mebli, abażurów lamp i rozmaitych dekoracyjnych cudeniek.

Ogromne kaktusy cardones
Ogromne kaktusy rodem z Meksyku są nieodłącznym elementem krajobrazu w prowincji Salta.

Miasteczko składa się jakby z dwóch części – starej, która została zmieciona z powierzchni wraz z trzęsieniem ziemi 24 grudnia 1930 roku. Po tej tragedii zachował się jedynie dawny kościółek z oryginalną dzwonnicą i kilka ścian z pomarańczowych cegieł adobe. „Nowe” miasteczko znajduje się kilkaset metrów dalej na południe, na tle dwóch stożków bliźniaczych wulkanów – volcanes gemelos, które liczą sobie ponad 50 000 lat i póki co śpią głębokim snem w otoczeniu chmur przypominających watę cukrową.

Ulica we wiosce La Poma
Jedna z uliczek we wiosce La Poma. Wieczorami wraz z pasterzami powracają do domów i zagród spore trzódki bydła.

La Poma – Cachí

Wśród lokalnych mieszkańców krążą plotki o tym, że nad Cachí często krążą niezidentyfikowane obiekty latające. Ja niestety mam w tym miejscu wyłącznie ziemskie doznania. Może innym razem, w innym miejscu los się uśmiechnie i przemknie przed oczami zielonkawa łuna tajemniczego spodka. Kto wie? Jedynym niecodziennym obiektem, na jaki się natykamy, jest ustawiony na czerwonawym poboczu autostopowicz, który ładuje nam się do samochodu razem z przebitą oponą. Pech chciał, że na jednym ze żwirowych wiraży złapał kapcia w dwóch kołach naraz. A zapasowe tylko jedno. Dobrze, że wulkanizator, czyli gomería, jest w tym kraju tak samo popularny jak samo argentyńskie asado. Małych warsztacików jest tu od groma.

Miasteczko Cachí jest urocze. Duży główny plac, na którym poza godzinami sjesty koncentruje się lokalne życie. Nad przyległymi do niego brukowanymi uliczkami unosi się mgła pachnąca empanadą – tradycyjnymi indiańskimi pierożkami. Tak się zastanawiam, czy kiedykolwiek mi spowszednieją… Są one bowiem obok obowiązkowego mięcha fundamentem argentyńskiej diety. Póki co wybór farszów jest szeroki, a pierożki nadziewane serem smakują wyśmienicie. Dla odmiany zawsze można kupić ociekającą tłuszczem torta frita, czyli smażony placek. To dieta uliczna. Zupełnie inaczej wyglądają talerze zdobiące restauracyjne stoliki: tamales i humitas (coś w stylu kukurydzianych gołąbków), locro i cazuela de llama (mięsne dania jednogarnkowe), rozmaite zupy, kotlety z mięsa lamy…

Okolice Cachi
Okolice miasteczka Cachí

Usytuowane na wysokości 2280 metrów nad poziomem morza Cachí stanowi prawdziwy raj dla atletów z całego świata, którzy przybywają tu w celu poprawienia wydolność organizmu. Wokół widać tłumy truchtających ludzi. Zdaniem niezbyt skromnych Argentyńczyków, niewiele jest takich idealnych miejsc do treningu wysokościowego na świecie jak Cachí – wysoko położonych, posiadających wielodystansowe gruntowe drogi o licznych wzniesieniach i obniżeniach terenu, basen, a do tego wszystko w iście bajkowej scenerii.

Quebrada de las flechas – Wąwóz strzał

Wąwóz strzał

Znienacka przeskakuje scena w kalejdoskopie. Tym razem wkraczamy do ogromnej pracowni rzeźbiarskiej, w której dumnie prezentują się gołe, grafitowe szczyty, wszystkie pochylone w jedną stronę, zupełnie jak sprawą silnego podmuchu wiatru. Wieje on tutaj nieustannie od kilku milionów lat. Wąwóz strzał, bo tak brzmi jego nazwa po hiszpańsku, jest niesamowity. Do niewielkich kotlinek spływają złociste nitki popołudniowego słońca, które rozświetlają blade skały tysiącem rdzawych iskierek. Wspinamy się na punkt widokowy i robi się coraz bardziej pomarańczowo. Ostatni promyk słońca kryje się za jedną ze „strzał” i w mgnieniu oka zapada noc. Niebo przybiera atramentowy odcień i zapalają się na nim, jedna po drugiej, tysiące gwiazd. Przemierzając czarne czeluście docieramy do najbliższego miasteczka, San Carlos. Obszczekani przez setki pańskich i bezpańskich psów parkujemy przy głównym placu i zapadamy w spokojny, głęboki sen.

Wąwóz Quebrada de las Flechas
Wąwóz Strzał – Quebrada de las Flechas

Winne upojenie: od San Carlos do Cafayate

San Carlos jest miłym miejscem. Turystów można policzyć na palcach jednej ręki, lokalną ludność zresztą też. Ale to dlatego, że jest niedziela i straszny upał. Miasteczka argentyńskiej Salty budzą się do życia dopiero późnym popołudniem, kiedy lejący się z nieba żar powoli rozrzedza się za sprawą lekkich podmuchów chłodnego wiaterku. Jest tak przyjemnie, że nie ruszamy się stąd przez cały dzień i całą noc.

Następnego ranka kierujemy się dalej na południe hipnotyzującą Rutą 40. Im bliżej Cafayate, tym krajobraz staje się łagodniejszy. Na pierwszym planie króluje bujna zieleń winorośli, która idealnie skrojonymi pasami rozciąga się aż po horyzont fantazyjnych skał. Nie są to zwyczajne plantacje – nigdzie na świecie winorośl nie wygrzewa się tak blisko słońca jak w otoczeniu wysokich andyjskich szczytów. Jesteśmy na wysokości 1700 metrów nad poziomem morza, a według znawców tematu takie winogrona są znacznie lepsze niż te, które rosną niżej. Wokół miasteczka uprawia się sławny na cały świat czerwony malbec, tannat, syrah, cabernet sauvignon i biały torrontés – każdy wart spróbowania. Po drodze mijamy mnóstwo bodegas, czyli winnic, w których można degustować do woli. Tak też robimy :-). W południowej porze, pod palącym skórę słońcem, wino uderza do głowy z prędkością światła. Ale jak się powstrzymać, gdy nawet lody mają tu smak wina?

Winnice w Cafayate
Cafayate i okolice to raj dla smakoszy wina. Liczne winnice, tak zwane bodegas, otwierają drzwi przed turystami i odkrywają przed nimi tajniki produkcji najlepszego argentyńskiego trunku. Degustacja oczywiście jest obowiązkowa :-).

Ruiny starożytnego indiańskiego miasta – Quilmes

Przed przybyciem Hiszpanów do Nowego Świata w samym sercu doliny rzeki Calchaquí istniało miasto o bardzo wysokim stopniu rozwoju, zarówno społecznym, jak i ekonomicznym. Zamieszkiwało je odważne i wojownicze plemię, które potrafiło stawić czoła nie tylko sąsiednim najeźdźcom z doliny, ale również armii potężnego imperium Inków, a później białym przybyszom ze Starego Kontynentu. Plemię to dzielnie broniło swych murów przez ponad 100 lat europejskiego oblężenia. Ostatecznie fort został zdobyty: skończyły się zapasy żywności, wróg zatruł źródło wody pitnej, przywłaszczył sobie ziemię i miejscowe kobiety.

Po upadku Quilmes, jego mieszkańcy zostali zmuszeni do opuszczenia ziemi swoich przodków. Cztery tysiące Indian musiało pokonać piechotą ponad tysiąc kilometrów, by osiedlić się na wskazanych przez białych uzurpatorów bagnistych terenach u wybrzeży Río de la Plata, nieopodal Buenos Aires. Większość z nich zmarła w drodze z wycieńczenia, inni z rozpaczy, a jeszcze inni w konsekwencji przytaszczonych do Nowego Świata europejskich chorób. Dziś pozostały tylko ruiny, nieme kamienie, które na wieki wieków będą skrywać jeden z tragicznych rozdziałów w historii ludzkości.

indiańskie ruiny quilmes
Lubię ruiny. Mają w sobie coś magicznego, są niczym kapsuła czasu. Patrząc na kamień, wyobrażam sobie tysiące różnych wersji zdarzeń. Zamykam na chwilę oczy i widzę bose stopy, które kilkaset lat temu przebiegały właśnie w tym miejscu. Siedzę w miejscu, w którym kiedyś dawno temu też ktoś siedział… Ciekawe o czym wtedy myślał? W głowie maluję obraz ogromnego moździerza, cmentarza, domów, zagrody dla bydła, łanów złocistej kukurydzy…
Lamy w Quilmes
Od wieków jedynymi mieszkańcami Quilmes są lamy. Ich obecność wprowadza nutkę życia do ruin tego niegdyś potężnego indiańskiego miasta.

Spacer po ruinach Quilmes zajął nam nieco ponad dwie godziny, podczas których wspięliśmy się wysoko do pozostałości po dawnych wieżach obserwacyjnych, skacząc z kamienia na kamień, przyglądając się całej armii ogromnych kaktusów cardones i obojętnym na naszą obecność lamom.

Amaicha del Valle – Santa María de Yokavil

Do Amaicha del Valle pozostało kilkanaście kilometrów. Jest już ciemno, a niebo co jakiś czas przecinają ogniste strzały piorunów. Wygląda na to, że nasz cel znajduje się w samym środku tego piekiełka. I tak też jest. Leje jak z cebra, ale nie jak z polskiego cebra. Krople deszczu są wielkie jak orzechy laskowe. Dziesięć sekund na linii frontu wystarczy, by żadna nitka odzieży nie pozostała sucha. Przytulamy się do fasady pierwszego lepszego budynku, która osłania nieco przed huraganowym wiatrem i spod ciepłego kocyka spoglądamy przez szybę na rozgrywające się na zewnątrz apokaliptyczne sceny. Rano tylko kałuże przypominają o nocnej ulewie, wychodzi słońce, a rześkie powietrze z każdą minutą staje się coraz cięższe i cieplejsze, by znów w południe osiągnąć temperaturę prawie 40 stopni Celsjusza. W miasteczku nie znajdujemy nic poza warzywniakiem z martwymi warzywami. Ruszamy więc dalej, do Santa María de Yokavil, gdzie zabawimy dłużej niż byśmy tego chcieli. Patagonia będzie musiała jeszcze na nas zaczekać. Wjeżdżamy do kolejnej prowincji – Catamarca.

Kolejny kierunek: Patagonia

Stan licznika: 5384 km

Krowy na skałach
Argentyńskie krowy nie są zbyt wymagajace. Czasem trawka, czasem skałki…

Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

One thought on “Tydzień 5: Bajkowe doliny, skaliste wąwozy i winnice aż po horyzont – Salta

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *