Dziennik podróży

Tydzień 6: Awaria. Larry u mechanika

Na wyjeździe z miejscowości Santa María de Yokavil coś grzmotnęło w skrzyni biegów. Nie ma wyjścia, trzeba zawrócić i zjechać do mechanika. Pech chce, że właśnie jest pora obiadowa i wszystkie argentyńskie warsztaty zamykają na czas sjesty. Grzecznie ustawiamy się pod bramą, która wizualnie wzbudza w nas największe zaufanie i czekamy… Po południu otwierają się drzwi i ukazuje się sympatyczna twarz Fausta – głuchego jak pień właściciela warsztatu. Diagnoza: zużyte koło zamachowe i łożysko skrzyni biegów.

W poszukiwaniu części samochodowych

W każdym większym mieście wymiana uszkodzonego elementu nie stanowiłaby większego problemu. Inaczej sprawy mają się w wioskach i mieścinach Argentyny, gdzie brakuje praktycznie wszystkiego, włącznie z towarami pierwszej potrzeby. Nie stanowi dla nas żadnego zaskoczenia fakt, że mechanik nie jest w posiadaniu nowego łożyska, a sklepu z częściami zamiennymi w całej Santa María i sąsiednich wioskach po prostu nie ma. Pozostaje zrobić zamówienie w jednym z pobliskich dużych miast: w Salta albo w San Miguel de Tucumán. Larry nie jest jedyny, w warsztacie cierpliwie czeka na nowe części kilkanaście rozbebeszonych aut.

Sprawa jednak nie jest tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Brakujące części do samochodów dostarcza tzw. posłaniec, który kilka razy w tygodniu jedzie do dużego miasta i zbiera wszelkiego rodzaju „zamówienia” od mieszkańców miasteczka. Takich posłańców w Santa Mara jest trzech. Jak podszeptuje nam Fausto, ich usługi nie są godne bezgranicznego zaufania. Podobno nie zawsze mają oni chęci na bieganie po mieście i skrupulatne szukanie danego produktu. Wstępują do jednego, dwóch sklepów i jeśli nie znajdują tego, czego szukają, odpuszczają. Klientowi sucho odpowiadają: nie przywiozłem, nie było w sklepie. Na naszą niekorzyść wpływa fakt, że prowincja Catamarca właśnie szykuje się do długiego weekendu i w najbliższych dniach nikt nie wybiera się do miasta. Trzeba więc wziąć sprawy we własne ręce.

Tego samego wieczoru, a w zasadzie tej samej nocy siedzimy w autobusie do San Miguel de Tucumán. Odjazd o 2 nad ranem, przyjazd na miejsce o 7. Owszem, poruszanie się po Ameryce Południowej jest czasochłonne, ale żeby przejechanie 185 kilometrów zajmowało aż pięć godzin, to się trochę zdziwiłam. No cóż, nie ma innego wyboru. Rozkładam się na wygodnym fotelu nowoczesnego autobusu i z trudem otwieram oczy o 6:50, gdy kierowca krzyczy piskliwym głosem na całe gardło: San Miguel de Tucumán! Fin de trayecto! Koniec trasy, wysiadać!

Poranna kawa w budzącym się do życia wraz z pierwszymi promieniami pomarańczowego słońca wielkim mieście. Trasę po stolicy prowincji Tucumán rysują nam sprzedawcy poszczególnych sklepów z częściami samochodowymi, odsyłając nas od jednego do drugiego. Nikt nie ma na stanie potrzebnego nam łożyska. Dajemy za wygraną i zamawiamy go z Buenos Aires. Sprzedawca rysuje, kreśli, mierzy próbkę z każdej strony i zapewnia, że we wtorek rano będzie do odbioru – tu, w Tucumán.

Zmęczeni poranną bieganiną po całym mieście o 14:00 wsiadamy w powrotny autobus do Santa María. Teraz rozumiem, dlaczego jedzie się tak długo. Trasa jest okropnie kręta i górzysta. Autobus wtacza się z wielkim wysiłkiem na strome podjazdy. Silnik krztusi się i rzęzi na wysokich obrotach, dzielnie pokonując 180-stopniowe serpentyny. Przy niektórych zakrętach wydaje się, że nie wyrobimy i stoczymy się po zboczach gigantycznego urwiska. Strach strachem i chociaż oczy wyskakują z orbit z przerażenia, trzeba przyznać, że widoki są bajkowe. Z łagodnych, zielonych sielskich terenów doliny Tafi del Valle wjeżdżamy w paszczę gęstej tropikalnej selwy. Po obu stronach drogi opada ciemna kurtyna poplątanych konarów, gałęzi, lian, gąbczastych mchów. Nie mieści mi się w głowie, jak to możliwe, by w mgnieniu oka krajobraz mógł się zmienią aż tak bardzo.

Santa María de Yokavil

Santa Maria de Yokavil to jedno z kilkudziesięciu tradycyjnych miasteczek rozsianych wzdłuż mitycznej Ruty 40. Usytuowane w kotlinie malowniczych dolin Valles Calchaquíes, z dala od wielkomiejskiego hałasu, jest idealnym miejscem, w którym warto zatrzymać się na chwilę, by poznać lokalne tradycje i wierzenia. Mieszkańcy prowincji Catamarca po dziś dzień pielęgnują wiecznie żywy od tysięcy lat kult Matki Ziemi, nazywanej tu Pachamamą. Na wjeździe do miasteczka stoi okazały pomnik tej potężnej inkaskiej bogini, której skierowane w kosmos spojrzenie przypomina śmiertelnikom o tym, że to właśnie ona obdarowuje ludzi życiem i stanowimy jej nieodłączną, ulotną cząstką. Pachamama jest dobra, czuła, kochająca, ale gdy nie otrzymuje należnego jej szacunku, potrafi wpaść w prawdziwą furię, która przybiera formę huraganowych wiatrów, potężnych burz, potopów, susz, trzęsień ziemi…

Santa Maria jest miejscem bardzo gościnnym – żyjący tu ludzie są radośni, otwarci na przybyszów z innych zakątków świata, przed którymi bez wahania otwierają drzwi swoich domów. Ciekawi świata, otwarci, zawsze chętni do pomocy. Los rzucił nas we wspaniałe miejsce na ten siedmiodniowy, przymusowy przystanek.

Dni w Santa Maria osładzają nam lokalne przysmaki: placuszki patay, mączka i melasa ze strąków chleba świętojańskiego (pataysirope de algarroba), lokalny miód i przepyszne lody dulce de leche. Fausto stara się z jak może, abyśmy dobrze czuli się w jego domu.  Wieczory upływają nam na wysłuchiwaniu długich opowieściach o jego podróżach z czasów młodości.

Pobyt w Santa Maria de Yokavil
Locro – tradycyjna, jednogarnkowa potrawa. Opuszczone drogi doliny rzeki Calchaquí. Patay – mąka ze zmielonych strąków chleba świętojańskiego. Zapallito – mała, zielona dynia, która przez kilka najbliższych miesięcy będzie stanowiła podstawę naszej diety. Okazały pomnik Matki Ziemi. Złociste pierożki „empanadas”. Tradycyjny kult Marki Boskiej na ulicach Santa María de Yokavil. Larry u mechanika.

Tak, jak powiedział sprzedawca z Tucumán, we wtorek dociera z Buenos Aires nasze łożysko i posłaniec przywozi go do Santa María. Następnego dnia Larry jest gotowy do dalszej drogi. Fausto zapewnia nas, że po jego interwencji bez problemu dojedziemy na koniec świata. Wierzymy, że tak będzie 😊.

Kolejny kierunek: Patagonia

Stan licznika: 5384 km


Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *