Dziennik podróży

Tydzień 7: Długa droga do Patagonii

Siedem dni przymusowego postoju wystarczyło, by zatęsknić za życiem w drodze. Znów wpadamy w okryte kurzem i żwirem ramiona Ruty 40. Jednak coraz częściej szutrowa nawierzchnia przeplata się z długimi fragmentami gładkiego jak poranna tafla jeziora asfaltu. Kierując się na południe od Santa María, przejeżdżamy przez Betlejem (hiszp. Belén) i Londyn (hiszp. Londres). W Londynie nawet nocujemy. Brytyjskich akcentów szukać tu jednak jak ze świecą. Hiszpańska korona nadała wiosce tę nazwę w hołdzie dla ówczesnej angielskiej królowej. I na tym koniec. Nie zmienia to faktu, że miejscowość jest urocza, otoczona kolorowymi plantacjami orzechów włoskich, papryki kminu oraz sezonowych warzyw i owoców.

4 kilometry na północny zachód od argentyńskiego Londynu znajduje się ciekawe stanowisko archeologiczne Shincal de Quimivil. Zdaniem fachowców ruiny te są pozostałością po ważnym centrum administracyjnym południowych rubieży ogromnego imperium Inków. Nie ma wątpliwości co do tego, że w latach 1471-1536 bujnie kwitło tu życie. Na powierzchni jednego kilometra kwadratowego można podziwiać zachowane do dziś fragmenty kamiennych budowli, które przed kilkoma wiekami stanowiły podwaliny osady: główny plac, budynki służące do magazynowania żywności, domy mieszkalne oraz wieże obronne, na szczyt których prowadzą długie, strome schody.

Jedziemy dalej. Po drodze mijamy kilkanaście „czerwonych” wiosek, których zabudowania w 100% powstały z ekologicznej, suszonej na słońcu cegły adobe. Równolegle do andyjskiej kordyliery – nieco na zachód – ciągnie się nawet pięćdziesięciokilometrowa trasa turystyczna, wzdłuż której rozsianych jest mnóstwo wykonanych z tego tradycyjnego dla regionu budulca domów, kościołów i kapliczek. Niektóre z nich są bardzo stare – liczą sobie nawet i trzysta lat. Ruta del Adobe, czyli „Trasa Adobe”, obok wielkiego peruwiańskiego Chan Chan, to idealna okazja do zapoznania się z historią miejscowej architektury oraz techniką stawiania ścian na bazie mieszanki wody, iłu, gliny i słomy, których forma wyłania się spod mistrzowskich dłoni budowniczych, stając się jednocześnie jedynym w swoim rodzaju rękodziełem, a nierzadko nawet dziełem sztuki.

Trasa adobe i Shincal
Budowle z suszonej na słońcu cegły na „Trasie adobe” i ruiny inkaskiego imperium w Shincal.

Odkąd wyjechaliśmy z La Quiaca, po zachodniej stronie horyzontu nieustannie majaczą spiczaste koraliki Andów. Na tym odcinku są one znacznie wyższe niż dotychczas, sięgają nieba. Znajduje się tu skupisko ponad dwudziestu szczytów, których wierzchołek przekracza wysokość 6000 metrów nad poziomem morza: Pissis, Ojos del Salado, Walter Penck, Incahuasi, Tres Cruces, Nacimientos, San Francisco… Marzenie niejednego wspinacza górskiego.

Czerwona prowincja – La Rioja

Przekraczamy granicę kolejnej prowincji. Natura znów zaskakuje: przed nami otwierają się korytarze wyrzeźbione w ścianach czerwonawych bloków skalnych, skrywających w swych zakamarkach tysiące kondorzych gniazd. Krajobraz tego regionu został całkowicie zdominowany przez czerwone góry, zielone kaktusy cardones i idealnie błękitne niebo, po którym szybują popychani hulającym wiatrem czarni władcy przestrzeni.

Gdzieniegdzie na tej ogromnej makiecie ognistych formacji skalnych los rozrzucił maleńkie, przypominające osady wioski oraz miasteczka: San Blas de los Sauces, Famatina, Chilecito, Nonogasta, Sanogasta. Ich skromne zabudowania z suszonych na słońcu cegieł, kolonialne kościółki i rozległe plantacje orzechów onieśmielają swoim pięknem. Szemrzące strumienie spływające z ośnieżonych szpiców co rusz ustępują miejsca suchym jak pieprz pustynnym dolinom.

Krajobrazy prowncji La Rioja
Niesamowite widoki w prowincji La Rioja: skały o kolorze rozżarzonego ognia, obsypane białym kwieciem kaktusy i szybujące w przestworzach kondory.

Tuż po wyjeździe z rozgrzanego słońcem Chilecito ma swój początek ponad stukilometrowa, wiodąca przez przełęcz Cuesta de Miranda, spektakularna trasa widokowa. Otwiera ona przejście pomiędzy górskimi pasmami Sierra de Famatina na północy i Sañogasta na południu. Nowiusieńka, dopiero co oddana do użytku asfaltowa nawierzchnia wije się przez niesamowitą dolinę, by następnie piąć się zygzakiem po zawieszonych na wysokościach sięgających 2000 metrów nad poziomem morza półkach skalnych. Każdy kilometr jest inny i niepowtarzalny, zmienia się światło i perspektywa, kolory wirują wokół każdego zakrętu.

Przełęcz jest wytworem geniuszu włoskiego inżyniera, Vicente Bolalli, który na początku XX wieku podjął wyzwanie nakreślenia planów drogi w miejscu, gdzie wydawałoby się to niemożliwe. Staczając zaciekły bój z prawem grawitacji, stworzył szosę komunikującą położone po przeciwnych stronach gór wioski, stosując przy tym rodzime techniki budowlane.

Z najwyższego punktu przełęczy – Bordo Atravesado (2040 m n.p.m.) – rozpościera się oszałamiający widok: skały barwione czerwienią, ochrą, zielenią i grafitem. Bacznie obserwując horyzont można dostrzec rozległy masyw górski Famatina, ognistoczerwony Park Narodowy Talampaya oraz surowe, kamienne schody prekordyliery Andów. W dole błyszczy srebrna nitka wód rzeki Miranda, która znika gdzieś hen za horyzontem. Magiczna cisza. Magiczne miejsce. Z góry ogromny kondor spogląda na swoje królestwo.

Przełęcz Cuesta de Miranda
Przełęcz Cuesta de Miranda – nic dodać, nic ująć.

W odległości 74 kilometrów od miejscowości Villa Unión znajduje się bardzo oryginalny park narodowy – Talampaya, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Podziwiane z wysokiego szczytu Cuesta de Miranda fantazyjne formacje skalne rodem z Wielkiego Kanionu Kolorado z bliska nabierają gigantycznych rozmiarów, a ich intensywnie pomarańczowoczerwona barwa – w zależności od wysokości słońca na niebie – razi w oczy, mieniąc się wszystkimi odcieniami języków ognia.

Kształtowany przez ostatnie 250 milionów lat za sprawą erozji wiatru i wody krajobraz u zarania dziejów stanowił scenerię do życia dla olbrzymich archozaurów, by następnie stać się kolebką ludzkiej egzystencji, o czym świadczą wyryte na kamiennych ścianach petroglify. Tajemnicze ludziki, figury zwierząt czy geometryczne kształty niosą ze sobą tajemnicze przesłanie praprzodków. Jakie? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy.

Z brzegów wysuszonego koryta rzeki Talampaya wynurzają się ceglaste ściany, które pną się ku niebu na ponad 150 metrów. Nietrudno odszukać wśród nich charakterystyczne, wyrzeźbione przez wprawne dłonie czasu formacje skalne w postaci gotyckiej katedry, strzelającego w górę komina czy zarysu sylwetki starego mnicha. W całej swojej fantazji Talampaya skrywa w skamieniałych wnętrznościach sekret ogromnej części historii geologicznej naszej planety.

Park Narodowy Talampaya
Fantazyjne formacje skalne w Parku Narodowym Talampaya

Półpustynie San Juan

La Rioja żegna nas obłędnymi widokami. Wraz z wjazdem do kolejnej prowincji, San Juan, czerwień krajobrazu stopniowo traci intensywność i zaczyna dominować żółć piasku. Stepowy krajobraz rozciąga się aż po daleki horyzont, a droga wije się przez suche równiny w nieskończoność. Upał doskwiera straszliwie. Po drodze mijamy mnóstwo ołtarzyków otoczonych stosami plastikowych butelek z wodą. Z początku podejrzenie pada na niechlubne zamiłowanie Argentyńczyków do wyrzucania śmieci przez okno samochodu gdzie popadnie. W rzeczywistości cała sprawa nie ma nic wspólnego z brakiem dbałości o środowisko. Przydrożne domki to malusieńkie sanktuaria ku czci jednej z ludowych świętych Argentyny – kobiety o tajemniczym przydomku Difunta Correa. Argentyńczycy modlą się do niej, a ona ich próśb wysłuchuje. A w podzięce – butelka wody. I tak małe kapliczki toną w stertach śmieci.

Prowincja San Juan
Półpustynny pejzaż prowincji San Juan

Lejący się z nieba żar całkowicie zaćmiewa umysł i odbiera ochotę na jakikolwiek, nawet najmniejszy wysiłek fizyczny. Bez wahania zjeżdżamy w kierunku wód rzeki San Juan w okolicach miejscowości Ullum i zaszywamy się na dwa dni w gęstych zaroślach kompletnie pustego kempingu. Podobno to jeszcze nie sezon. Basen z przyjemnie zimną wodą na wyłączność przekracza najśmielsze marzenia. Lepiej być nie może! Bańka ideału pryska wraz z nadejściem wieczoru i ujawnieniem się tutejszej fauny: całonocny rechot żab, cykanie tysiąca cykad i miliardy komarów! Są dosłownie wszędzie i kąsają bez litości każdy odkryty kawałek ciała. Nigdy dotąd nie miałam okazji wybrać się pod prysznic wysmarowana sprayem przeciw komarom od stóp do głów 😊 .

Winiarskie serce Argentyny – Mendoza

Kolejny dzień, kolejna prowincja – Mendoza. Im bliżej stolicy o tej samej nazwie, tym bardziej krajobraz znów barwi się na zielono. Gdzie nie spojrzeć, rozciągają się gigantyczne dywany winnic i oliwnych gajów. Co kilkanaście kilometrów drewniane tabliczki z wyrytymi nazwami lokalnych gospodarstw kuszą perspektywą winnej fiesty. Kiedy my degustujemy smak owoców tutejszej ziemi, z oddali cień na Mendozę rzuca monumentalny „Kamienny Strażnik” – w naszym języku Aconcagua. Najwyższe wzniesienie Ameryki Południowej, jeden ze szczytów „korony Ziemi” wzbija się w swej dostojności ku niebu na wysokość 6960 metrów nad poziomem morza. Czas zastyga. Można tak godzinami wpatrywać się w tego giganta.

Setki kilometrów przez wielką pustkę – Pampa

Na kilka kilometrów przed przekroczeniem granicy kolejnej prowincji, Pampy, zasady ruchu drogowego przestają obowiązywać. Kierowcy zygzakują po obydwu pasach, nie zważając na to, czy zbliża się ktoś z naprzeciwka. Jedynym celem jest zachowanie wszystkich opon w jednym kawałku. Droga jest tak podziurawiona, że wybrakowany asfalt na wielu odcinkach wrzyna się w ziemię jak głębokie studnie. Fakt ten jednak nikogo nie dziwi. Niektórzy nawet jadą po półpustynnych stepach, byle tylko nie zrąbać sobie auta.

Przez prawie 600 kilometrów absolutnie nic się nie dzieje. Prosta droga wydaje się nie mieć końca. Stapia się z horyzontem sprawiając wrażenie, że prowadzi jeszcze dalej niż donikąd. Krajobraz jest suchy i statyczny. Niskie, wyschnięte krzewy i inne roślinki w karłowatej postaci rozlewają się po bezkresnych równinach jak olbrzymi dywan w kolorach natury. Na tle ciemnoniebieskiego nieba krążą wygłodniałe drapieżniki. Momentami jest ich tyle, że zasłaniają bezlitosne słońce niczym wielka czarna chmura. Przychodzą mi do głowy obrazy z czytanych w dzieciństwie książek przygodowych. Dokładnie tak wyobrażałam sobie bezmiar południowoamerykańskich pampasów. Jedno to sobie je wyobrażać, a poczuć je na własnej skórze to zupełnie co innego.

Późnym popołudniem niebo zaczyna rumienić się zachodzącym słońcem. Na horyzoncie pojawia się długo wyczekiwana tabliczka z napisem „Patagonia”. Kraina wiatru wita nas najpiękniejszym spektaklem staczającej się za linię horyzontu ogromnej, rozgrzanej do czerwoności kuli zasypiającego słońca.

Zachód słońca na Pampie
Zachód słońca w Patagonii

Kolejny kierunek: Argentyńska kraina jezior

Stan licznika: 7422 km


Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *