Mapa podróży

U stóp granitowych gigantów – El Chalten

Na poboczu niczym kolorowe koraliki rozpina się długa kolejka autostopowiczów. Każdy z nich marzy o jak najszybszym dostaniu się do wioski El Chalten, z niecierpliwością i dreszczykiem emocji wyczekując jednej z największych przygód, jaka czeka ich podczas podróży po Patagonii. Górska mieścina to jednak tylko przystanek na trasie – magia tego regionu roztacza się znacznie wyżej, pośród wielkich, ostrych jak nóż skał, których szczyty stapiają się z niebem i skradają duszę, każdego kto chociaż raz na nie spojrzy. El Chalten to zwiastun niesamowitej przygody z Fitz Roy’em i „argentyńską złodziejką palców”.

Widok na dymiącą górę – Fitz Roy

Masyw Fitz Roy

Granitowa iglica, nosząca imię nieślubnego syna króla Henryka VII i słynnego kapitana statku brytyjskiej marynarki królewskiej „Beagle”, jak magnes przyciąga profesjonalnych wspinaczy skalnych i lodowych oraz zwyczajnych miłośników górskich wędrówek. Góra ta celuje w niebo szpicem sięgającym 3405 metrów nad poziomem morza, stanowiącym jednocześnie kulminację masywu Antoine de Saint-Exupéry. Rdzenni mieszkańcy regionu – plemiona Tehuelche – od tysięcy lat wierzą, że wzniesienie to kryje w sobie wulkaniczne moce. Wystarczy raz je zobaczyć, by zrozumieć dlaczego – chmury spowijające wierzchołek wyglądają niczym fumarola. Dla Indian granitowy szczyt to „dymiąca góra”, a dla reszty świata – legendarny Fitz Roy.

Pomimo nocnej ulewy i silnego wiatru wczesnym rankiem ruszamy na szlak. O wczorajszym oberwaniu chmury przypominają tylko nieliczne kałuże, które znikają jedna po drugiej w miarę jak słońce przetacza się po niebie. Od seledynowego jeziorka Laguna de los Tres położonego u podnóży giganta Fitz Roy’a dzieli nas dziesięć kilometrów. Trasa jest bardzo przyjemna i osadzona w malowniczej scenerii andyjskiej przyrody. Raz pod górkę, raz z górki, raz pod gęstym sklepieniem lasu, raz przez rozgrzane słońcem polany. O celu wędrówki nie da się zapomnieć ani na chwilę – praktycznie przez cały czas na horyzoncie maluje się charakterystyczna niezapomniana sylwetka skalnego olbrzyma.

Widok na Fitz Roy

Przed hulającym z ogromną prędkością wiatrem chroni rozłożysty las południowych buków lenga. Jednak nawet gęste zielone szpalery nie są w stanie wygrać w starciu z patagońską wichurą. Momentami świszczące, szalone huraganowe porywy zmuszają do zwolnienia kroku, a innym razem wręcz przeciwnie – wpychają pod najwyższe wzniesienia. Na ostatnim, najbardziej stromym kilometrze ma miejsce niesamowite zjawisko, które natychmiast przykuwa uwagę wszystkich osób na szlaku. CISZA. No właśnie – w Patagonii cisza praktycznie nie istnieje – tutaj zawsze coś świszczy, huczy, łomocze, potrzasukje, pogwizduje, dudni. Nagle wiatr, który wcześniej przegonił z nieba wszystkie chmury, milknie i pozwala dosłyszeć własne myśli… Błękit nieba razi w oczy, a gorące promienie słońca przypiekają nos i czynią ostatnie podejście wyczerpującym. Niewielki zygzak amortyzuje nieco stromiznę, ale i tak każdy zostawia za sobą języczek potu – jedni mały strumyk, a inni całe morze. Po równych czterech godzinach, wliczając krótkie odpoczynki, docieramy do celu, czyli do błękitnej laguny u podnóży skalnych ostańców, do której staczają się lodowe jęzory pokrywającej zbocza Fitz Roy’a czapy wiecznego śniegu.

Szczyt Fitz Roy

Czas na chwilę zatrzymuje swój bieg. Widok jest tak piękny, że nie istnieją słowa, które byłyby w stanie choć częściowo go zilustrować. Fitz Roy jest ogromny, i takie też robi wrażenie. Odbiera mowę i hipnotyzuje, nie pozwala oderwać od siebie wzroku. I tak nieświadomie mijają dwie godziny… Góra dziś jest łaskawa. Perfekcyjnie odmalowuje kontury swej niepowtarzalnej sylwetki na niebieskim niebie. Kaprys ten nie trwa jednak długo, wkrótce nad wierzchołkiem zatrzymuje się biały pióropusz chmur: wierzchołek zaczyna „dymić”. Rusza wiatr a wraz z nim przestworza zapełniają cienie majestatycznych drapieżników. Czas na powrót. Fitz Roy powolutku niknie za plecami – z każdym krokiem staje się coraz mniejszy, odleglejszy, aż całkowicie niknie za zieloną kurtyną drzew. Mimo że z górki, nie chce być krócej, też równie cztery godziny marszu z powrotem do wioski El Chalten.

Laguna de los Tres

Góra widmo – legendarna Cerro Torre

Następnego ranka z niecierpliwością spoglądam za okno. Słońce! Bez chwili namysłu pakujemy plecaki i ruszmy na kolejny szlak, którego zakończeniem jest staczający się do podnóży Cerro Torre jęzor wielkiego lodowca. Góra ta stanowi jedną z najpiękniejszych i zarazem najtrudniejszych tras wspinaczkowych świata. Wznoszący się na 3114 metrów ponad wodami mórz ostro zakończony grzybem lodu czubek jest niezwykle tajemniczy – rzadko kiedy daje się zobaczyć, wyłania się zza chmur zaledwie 40-50 dni w roku. Chociaż piękny poranek stanowił zapowiedź pięknych widoków, szybko uzmysławiamy sobie, że jesteśmy w Patagonii, a tutaj natura jest jak prawdziwa kobieta – kapryśna i nieprzewidywalna, zmieniająca aurę z minuty na minutę.

Przez dziewięć kilometrów wiodących do jeziora Laguna Torre i lodowca Glaciar Grande pogoda dopisuje. Słońce przyjemnie pieści skórę ciepłymi promieniami, a wiatr dopieka tylko na obszarach nieosłoniętych typowymi dla Patagonii karłowatymi bukami ñire i ich nieco wyższymi krewnymi lenga. Gdy zbliżamy się do celu, w ułamku sekundy zmienia się pogoda. Następuje kumulacja niemalże wszystkich zjawisk atmosferycznych: jednocześnie świeci słońce i pada deszcz, wiatr hula z nieziemską siłą, nad jeziorem rozpina się tęcza, w jednym momencie jest przyjemnie ciepło i przeraźliwie zimno… Z oddali dochodzi przeszywający dźwięk pękającego lodu. Wpatruję się w horyzont i próbuję dostrzec sylwetkę Cerro Torre, jednak monumentalny szczyt złośliwie chowa się przede mną za gęstym, białym dymem chmur. Wcześniej widziałam go na zdjęciach, więc z całych sił usiłuję go sobie wyobrazić.

Niewidoczny Cerro Torre
Góra Cerro Torre nie chce się pokazać, chowa się za białą kurtyną mgły. Nawet patagońskie wietrzysko nie jest w stanie przepędzić chmurnej zadymy.

Generalnie przy brzegu polodowcowego jeziora Laguna Torres kończy się turystyczna pielgrzymka. Szlak jednak wiedzie dalej, do punktu widokowego Maestri, z którego można zajrzeć w głąb lodowego jęzora. Chociaż porywisty wiatr nie ułatwia przeprawy przez grzbiet moreny, widoki i przeżycia warte są każdego wysiłku. Dla mnie spływający z Cerro Torre lodowiec był pierwszym w życiu i mam wrażenie, że na zawsze pozostanie najpiękniejszym, nawet mimo niechybnego spotkania z olbrzymem Perito Moreno.

Lodowiec Grande
Spływający do polodowcowej niecki jęzor Glaciar Grande u podnóża Cerro Torre.

Widok na lodowiec i jezioro

♥Polecam film „Krzyk kamienia” Wernera Herzoga, który ilustruje historię obsesyjnego zdobywania Cerro Torre oraz wyjawia tajemnicę „argentyńskiej złodziejki palców”.


Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są mojego autorstwa, a więc moją własnością, i nie zgadzam się na ich kopiowanie i wykorzystywanie bez mojej pisemnej zgody (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych). All rights reserved